Dzień dobry.
Mówiłam, że nienawidzę poniedziałków w każdym wydaniu? Nie? To mówię. Naprawdę, poniedziałek to jest mój pechowy dzień. Najbardziej pechowy dzień w całym tygodniu.(nawet wtedy kiedy mam wolne. :C)
Ostatnio pod wpływem mojego wujostwa dużo czytałam na temat Chin. Więc postanowiłam zrobić taki cykl na ten temat. Ale to dopiero od następnej notki. ~
Ostatnio wpadła mi w łapki książka Georga Orwella "Rok 1984". Zainteresowałam się tym tytułem po przeczytaniu "1Q84" H. Murakamiego. (było tam kilka nawiązań właśnie do tego utworu) Jestem dopiero w trakcie jej czytania, ale książka jest naprawdę genialna! Wspaniale napisana. Nie wiem czemu, zawsze patrzę na to w jaki sposób jest coś napisane. ;; Po prostu nie lubię płytkiego i zbyt prostego języka.(jakkolwiek to brzmi). Na razie doszłam do połowy, ale mam zamiar ją skończyć już w następny weekend. Wtedy może coś więcej o niej napiszę. ;)
Wygrzebałam z czeluści komputera kawałek Aoihy i pomyślałam, że wstawię tutaj na zakończenie notki.
Uśmiechnął się ocierając mu łzy. - To nic, to nic takiego. Wszystko będzie dobrze. - szeptał gorączkowo. - Zaraz przyjedzie pogotowie. Wytrzymaj jeszcze chwilę.
Nie było go tylko 2h. Musiał pojechać do studia po nuty i zostawił go samego w domu. Ktoś włamał im się do mieszkania i go postrzelił. Tyle razy mu powtarzał, żeby nie robił lewych interesów na boku. Żeby nie wdawał się w handel z Yakuzą bo źle skończy. Nie słuchał go. - Kouyoua kochanie..- szepnął. - Wiem, że nie powinienem, ale chciałem jak najlepiej... Nie pomyślałem, że przyjdą i załatwią to w taki sposób. - ciągnął swoją wypowiedź coraz słabszym głosem. - Kocham Cię. - wyszeptał.
Być świadkiem jak ukochana osoba umiera.. To był cios w serce. Nigdy nie pomyślałby,że straci go w taki sposób. W tak beznadziejny sposób. Mieli plany, wiele planów. Teraz został tylko on sam jeden jak palec, bez niego - swojej miłości, podpory i nadziei na lepsze jutro.
`23 października,
Mówią, że prawdziwa miłość zdarza się nam tylko raz i ja się z tym zgadzam. Bo miałem tylko Ciebie jedynego. Wiem, że to tkliwe. Zdaję sobie z tego sprawę, ale zakochana osoba nie patrzy na takie rzeczy. Chciałbym być tam...z Tobą. Wiem, że nie mogę. Muszę walczyć tutaj na ziemi za nas oboje. Staram się być pełen optymistycznych wizji na lepsze jutro, ale bez Ciebie to nie to samo. Czuję, że nade mną czuwasz. Rób tak dalej. Wtedy wiem, że moja egzystencja na tym świecie jest jeszcze czegoś warta. Napisałem piosenkę, o Tobie..dla Ciebie. Jest piękna. Pokażę ją dziś zespołowi. Nie ma w niej za wiele słów, ale liczy się sam wydźwięk..prawda? Tęsknie.
Twój, Kouyou`
a teraz zmykam na dwór.
sya. ~
poniedziałek, 11 listopada 2013
niedziela, 10 listopada 2013
Powrót? Tak sądzę.
Ile to już czasu minęło?
jakieś 7 miesięcy od poprzedniej notki. Eh.
Chyba znowu zacznę prowadzić bloga. Myślałam nad tym aby zmienić jego tematykę i tak zrobię. Będzie on raczej moim pamiętnikiem jak i również będę uskuteczniać tutaj swoją wesołą twórczość. Potrzebuję podzielić się gdzieś swoimi przemyśleniami oraz tym co we mnie siedzi... I myślę, że pisanie bloga mi pomoże.
Oczywiście posty związane z moimi zainteresowaniami będą się pojawiać. :) Nie zamierzam z tego zrezygnować.
Na początek...
~
Niby tylko gwiazdka i dwukropek... Ta głupia emotikonka sprawiała, że jej serce topniało. Zapowiadało się tak dobrze. Spotkania, wspólne granie na konsoli.. Był dla niej idealny. Mimo iż była świadoma jego wad - potrafiła je zaakceptować. Na początku podchodziła do tej sytuacji sceptycznie. Bała się zaufać, zaangażować w tę znajomość. Gdy w końcu to zrobiła on zaczął się oddalać. Przestał się odzywać, proponować spotkania. Odszedł, wycofał się z jej życia tak szybko jak się pojawił. Na początku myślała, że to przez pracę i szkołę...Zdała sobie sprawę, że była głupia. Otworzyła się na kogoś, kto miał w zamiarze zabawić się jej kosztem.
Westchnęła. - Kolejny.
Tylko tym razem było inaczej. Z dnia na dzień czuła się coraz gorzej, nie miała ochoty na nic. Zazwyczaj po tygodniu czy dwóch jej mijało...
Uśmiechnęła się ironicznie. `Wpadłam w gówno` pomyślała.
Zaczęła się oddalać od ludzi, stała się zimna i ironiczna. Spoważniała.
Ten zawód pomógł jej zrozumieć kilka rzeczy...
~
to chyba tyle na dziś.
Taki trochę smutny wpis, wiem. Postanowiłam przelać swoje uczucia które mi towarzyszą w ostatnich dniach w to coś powyżej.
Wiem, że to trochę chaotyczne. Tak chaotycznie się czuję. ;-;
btw.
macie jakieś pomysły na notki? Anyone?
jakieś 7 miesięcy od poprzedniej notki. Eh.
Chyba znowu zacznę prowadzić bloga. Myślałam nad tym aby zmienić jego tematykę i tak zrobię. Będzie on raczej moim pamiętnikiem jak i również będę uskuteczniać tutaj swoją wesołą twórczość. Potrzebuję podzielić się gdzieś swoimi przemyśleniami oraz tym co we mnie siedzi... I myślę, że pisanie bloga mi pomoże.
Oczywiście posty związane z moimi zainteresowaniami będą się pojawiać. :) Nie zamierzam z tego zrezygnować.
Na początek...
~
Niby tylko gwiazdka i dwukropek... Ta głupia emotikonka sprawiała, że jej serce topniało. Zapowiadało się tak dobrze. Spotkania, wspólne granie na konsoli.. Był dla niej idealny. Mimo iż była świadoma jego wad - potrafiła je zaakceptować. Na początku podchodziła do tej sytuacji sceptycznie. Bała się zaufać, zaangażować w tę znajomość. Gdy w końcu to zrobiła on zaczął się oddalać. Przestał się odzywać, proponować spotkania. Odszedł, wycofał się z jej życia tak szybko jak się pojawił. Na początku myślała, że to przez pracę i szkołę...Zdała sobie sprawę, że była głupia. Otworzyła się na kogoś, kto miał w zamiarze zabawić się jej kosztem.
Westchnęła. - Kolejny.
Tylko tym razem było inaczej. Z dnia na dzień czuła się coraz gorzej, nie miała ochoty na nic. Zazwyczaj po tygodniu czy dwóch jej mijało...
Uśmiechnęła się ironicznie. `Wpadłam w gówno` pomyślała.
Zaczęła się oddalać od ludzi, stała się zimna i ironiczna. Spoważniała.
Ten zawód pomógł jej zrozumieć kilka rzeczy...
~
to chyba tyle na dziś.
Taki trochę smutny wpis, wiem. Postanowiłam przelać swoje uczucia które mi towarzyszą w ostatnich dniach w to coś powyżej.
Wiem, że to trochę chaotyczne. Tak chaotycznie się czuję. ;-;
btw.
macie jakieś pomysły na notki? Anyone?
wtorek, 7 maja 2013
Stereotypy.
Czeeeeeeeeeeeeeeeść!
Um..ostatnio ciągle mi internet siada.
Mam dość tego wiecznie zacinającego się neta. .____.
Dziś napiszę notkę o stereotypach Japonii. Czyli to jak Polacy widzą Kraj Kwitnącej Wiśni.~
Jak przeciętny Polak widzi Japończyka?
Przepytałam kilka osób z rodziny i znajomych, którzy się tym nie interesują...i wyszło kilka dziwnych rzeczy.
Po pierwsze stereotypowy Japończyk to zboczeniec, który jest niski i bardzo szczupły. Mężczyzna trzymający kobietę na uwięzi, A kobieta? Ciągle mu się poddaje i NIE MA NIC do gadania. Z tego co wiem byt kobiet w Japonii jest teraz o wiele lepszy.
Japończycy głównie noszą kimona.
Czytając w necie wiele ludzi też tak uważa.. ._.
Teksty typu "żółtki" to chyba codzienność w moim środowisku.
Japończycy głównie żywią się rybami i ryżem. Z tego co mi wiadomo jest wiele potraw warzywnych, mięsnych, warzywno-mięsnych.
Japoński ojciec jest zimny i ma w du*ie swoje dzieci. Czytałam o wielu przypadków gdzie to ojciec był dwoma rodzicami naraz i spełniał się w tym znakomicie. Soooooooooł.....
Często naklejamy im etykiety grzecznych, ułożonych, pracowitych, nieśmiałych i milczących. Prawda czasem jest inna.
Znacie jakieś stereotypy? Ktoś od Was ze środowiska wypowiada się na ten temat nie wiedząc nic?
Dobranoc! ♥
btw. Jutro prawdopodobnie wstawię notkę z wypróbowanym przepisem.~ (^__^)y
Um..ostatnio ciągle mi internet siada.
Mam dość tego wiecznie zacinającego się neta. .____.
Dziś napiszę notkę o stereotypach Japonii. Czyli to jak Polacy widzą Kraj Kwitnącej Wiśni.~
Jak przeciętny Polak widzi Japończyka?
Przepytałam kilka osób z rodziny i znajomych, którzy się tym nie interesują...i wyszło kilka dziwnych rzeczy.
Po pierwsze stereotypowy Japończyk to zboczeniec, który jest niski i bardzo szczupły. Mężczyzna trzymający kobietę na uwięzi, A kobieta? Ciągle mu się poddaje i NIE MA NIC do gadania. Z tego co wiem byt kobiet w Japonii jest teraz o wiele lepszy.
Japończycy głównie noszą kimona.
Czytając w necie wiele ludzi też tak uważa.. ._.
Teksty typu "żółtki" to chyba codzienność w moim środowisku.
Japończycy głównie żywią się rybami i ryżem. Z tego co mi wiadomo jest wiele potraw warzywnych, mięsnych, warzywno-mięsnych.
Japoński ojciec jest zimny i ma w du*ie swoje dzieci. Czytałam o wielu przypadków gdzie to ojciec był dwoma rodzicami naraz i spełniał się w tym znakomicie. Soooooooooł.....
Często naklejamy im etykiety grzecznych, ułożonych, pracowitych, nieśmiałych i milczących. Prawda czasem jest inna.
Znacie jakieś stereotypy? Ktoś od Was ze środowiska wypowiada się na ten temat nie wiedząc nic?
Dobranoc! ♥
btw. Jutro prawdopodobnie wstawię notkę z wypróbowanym przepisem.~ (^__^)y
piątek, 3 maja 2013
Witam, cześć i czołem! ^^"
Po dłuższej nieobecności i wielu przemyśleniach, co do prowadzenia bloga...postanowiłam, że będę go prowadzić dalej. Miałam go usunąć, ale jakoś nie potrafiłam.
Zmienię też trochę tematykę bloga.
Będzie nie tylko o Azji, ale postanowiłam również wrzucać notki swoje, o sobie, różne przepisy Azjatyckiej jakie będę testować etc.
Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko.
Myślę, że to ubarwi tego bloga.
Jestem w trakcie czytania książki "W Korei" Anny Sawińskiej. Postanowiłam ją zrecenzować i wstawić tutaj. ^^
Co wy na to?
~~~~
Dodam notkę wieczorem.
Sayo.~ <3
Zmienię też trochę tematykę bloga.
Będzie nie tylko o Azji, ale postanowiłam również wrzucać notki swoje, o sobie, różne przepisy Azjatyckiej jakie będę testować etc.
Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko.
Myślę, że to ubarwi tego bloga.
Jestem w trakcie czytania książki "W Korei" Anny Sawińskiej. Postanowiłam ją zrecenzować i wstawić tutaj. ^^
Co wy na to?
~~~~
Dodam notkę wieczorem.
Sayo.~ <3
poniedziałek, 4 marca 2013
Rocznica~! *w*
Konbanwa!
Jaaaka ze mnie baka. *głupia tano* Wczoraj o godzinie 19 minęła rocznica "Something about Asia".
Chciałam podziękować za to, że odwiedzaliście mojego bloga. Wiem, że zaniedbuję bloga. Postaram się to zmienić, nie zamierzam z niego zrezygnować. Szkoła mnie wykańcza etc.
Zmienię to. Będę częściej dodawać posty. Obiecałam to sobie!
Jeszcze raz dziękuję za wszystkie odwiedziny.
love u all~! <3
wasza Tanoshii~~
Jaaaka ze mnie baka. *głupia tano* Wczoraj o godzinie 19 minęła rocznica "Something about Asia".
Chciałam podziękować za to, że odwiedzaliście mojego bloga. Wiem, że zaniedbuję bloga. Postaram się to zmienić, nie zamierzam z niego zrezygnować. Szkoła mnie wykańcza etc.
Zmienię to. Będę częściej dodawać posty. Obiecałam to sobie!
Jeszcze raz dziękuję za wszystkie odwiedziny.
love u all~! <3
wasza Tanoshii~~
niedziela, 3 marca 2013
Reituki cz. IV ~
Cześć!
Wiem, dłuuuuuuugo nie było następnej części tego yaoi i wiem, że tym razem nie jest ono genialne i wgl.
Ale wstawiam, tak jak obiecałam.
Także z góry przepraszam za tak chujowy part.
~~~~
Po incydencie jaki zaszedł tydzień temu w sali prób obaj mężczyźni starali się unikać bycia "sam na sam". Takanori nie mógł przestać myśleć, o tym co zaszło między nimi owego dnia. O ciepłych dłoniach Reity, o jego zapachu, o całym nim. Wiedział, że to nie może się powtórzyć.
- Jesteśmy mężczyznami. Tak być nie może być. - mruczał Ruki jadąc w piątk rano na próbę przed niedzielnym koncertem, który miał się odbyć w Kioto. - Ale...on tak na mnie działa! - walił głową w kierownicę stojąc na parkingu przed wytwórnią. Ostatnimy czasy Takanori miał ciekawy nawyk myślenia na głos szczególnie wtedy, kiedy był sam. Wychodząc z samochodu spostrzegł, że Akira wjeżdża na parking. `Poczekam na niego. Zobaczę jak się zachowa` pomyślał mężczyzna.
Akira nie mógł pogodzić się z tym, co zrobił. Złamał wszystkie swoje zasady, wszystko co sobie postanowił legło w gruzach kiedy ten mały facet go pocałował. Przeczesując ręką włosy, wyszedł z samochodu i jego oczom ukazała się postać wokalisty. Stał sobie przed nim jak gdyby nigdy nic, uśmiechnięty jak zawsze. `Boże jaki on jest zajebisty` szepnęła podświadomość Reity ale szybko ją uciszył.
- Cześć, Akiraa! - uśmiechnął się Ruki tym swoim głupkowatym wkurwiającym uśmiechem, który był jednocześnie słodki. `AKIRA OPANUJ SIĘ DO CHOLERY.` krzyczał na siebie w myślach. Najchętniej to by go omijał z daleka, po tym co się między nimi stało, ale nie potrafił. Za bardzo go do niego ciągnęło.
-Cześć, Ruki. - mruknął, omijając go i kierując się w stronie drzwi wejściowych. `Co to kurwa było?!` zdziwił się Ruki oschłym zachowaniem Akiry.
`Tak będzie lepiej` myślał Reita kierując się w stronę windy. Taknori poczuł dziwne ukłucie w sercu, zraniło go zachowanie jego przyjaciela. `Jeżeli tak mogę go jeszcze nazwać`
Próba minęła spokojnie, bez spięć. Takanori z Akirą nie odzywali się do siebie ani słowem, udawali że siebie nie widzieli. Reszta zespołu zauważyła ich dziwne zachowanie i postanowiła coś z tym zrobić.
- Taka-chaaaaaaaan~! - zawył idiotycznie Uruha.
- Co? - warknął ten w odpowiedzi.
- Nie unoś się tak kochanie, my wychodzimy a ty i Akira zostajecie. Musicie pogadać i chyba coś sobie wyjaśnić. Nie będzie takiej atmosfery podczas niedzielnego koncertu.
- C..co?! -zapytał nader elkowentnie Akira. - Ja też się zbieram. Nie zostanę tutaj. - dodał dobitnie.
- Nie, WY zostajecie. I mnie to kurwa nie obchodzi, że ty nie chcesz. Coś jest na rzeczy i macie porozmawiać. To już nie jest prośba. - obydwaj spojrzeli na Kaia, który postanowił zabrać głos w tej idiotycznej dyskusji, nie pozostawiając sprzeciwu. Trójka mężczyzn wyszła. Zostawiając Akirę i Takanoriego "sam na sam".
- Nie wiem czy można nazwać nas przyjaciółmi. - wypalił Ruki patrząc prosto w oczy Reicie.
- Dlaczego tak sądzisz? - zapytał się,siadając obok niego na kanapie.
- Zmieniło się nasze podejście po ostatnim incydencie. A najgorsze jest to....że przestaję Cię widzieć w roli przyjaciela. - Takanori starannie przygotowywał mowę jaką wygłosi basiście kiedy już będą mieli sposobność porozmawiać, ale w tym momencie to wszystko wyparowało. Gdy poczuł bliskość Reity nie mógł się skupić.
- Takanori...nie możemy. - usłyszał cichy szept Akiry przepełniony bólem. - Chociaż nawet, jakbym bardzo chciał..To nie możemy. To nie jest możliwe w tym przpadku. - dokończył. Wokalista nie zastanawiając się nad swoim zachowaniem wgramolił się kolana Akiry siadając na nich okrakiem. Na co ten spojrzał zszokowany.
- A teraz mnie słuchaj. Bo powiem to tylko raz. - wziął głęboki wdech i kontynuował. - Wkurwia mnie to co do Ciebie czuje i jak się przy Tobie czuje. To męczy. Ale, nauczyłem się z tym żyć. Musiałem. Rozmowy z Tobą, wygłupy jak z przyjacielem...pomagały mi przetrwać to wszystko. Ten ostatni incydent, wiem był zły okropny i zrobiliśmy coś złego, ale jeżeli mam być szczery........Podobało mi się. I jeżeli mógłbym...powtarzałbym to codziennie. - spojrzał na basistę, który patrzył na niego zszokowany, po czym poczuł jak ten go obejmuje. Mocno. Czule.
- Jesteś pojebany. Mam Cię czasem dość...ale to było słodkie. Wiesz, że robimy coś złego? - wyszeptał Akira całując Takanoriego w nos.
- Wiem, ale...pieprzyć to. - uśmiechnął się tym swoim uśmiechem za który Reita by zabił, i pocałował go. Z początku delikatnie, czule...z czasem przerodziło się to w gonitwe pożądań.
Przekonali się, że miłość i pragnienie są silniejsze.
Nie wiedzieli, że przed nimi jest naprawdę długa droga do szczęścia.
sayo~! :)
Wiem, dłuuuuuuugo nie było następnej części tego yaoi i wiem, że tym razem nie jest ono genialne i wgl.
Ale wstawiam, tak jak obiecałam.
Także z góry przepraszam za tak chujowy part.
~~~~
Po incydencie jaki zaszedł tydzień temu w sali prób obaj mężczyźni starali się unikać bycia "sam na sam". Takanori nie mógł przestać myśleć, o tym co zaszło między nimi owego dnia. O ciepłych dłoniach Reity, o jego zapachu, o całym nim. Wiedział, że to nie może się powtórzyć.
- Jesteśmy mężczyznami. Tak być nie może być. - mruczał Ruki jadąc w piątk rano na próbę przed niedzielnym koncertem, który miał się odbyć w Kioto. - Ale...on tak na mnie działa! - walił głową w kierownicę stojąc na parkingu przed wytwórnią. Ostatnimy czasy Takanori miał ciekawy nawyk myślenia na głos szczególnie wtedy, kiedy był sam. Wychodząc z samochodu spostrzegł, że Akira wjeżdża na parking. `Poczekam na niego. Zobaczę jak się zachowa` pomyślał mężczyzna.
Akira nie mógł pogodzić się z tym, co zrobił. Złamał wszystkie swoje zasady, wszystko co sobie postanowił legło w gruzach kiedy ten mały facet go pocałował. Przeczesując ręką włosy, wyszedł z samochodu i jego oczom ukazała się postać wokalisty. Stał sobie przed nim jak gdyby nigdy nic, uśmiechnięty jak zawsze. `Boże jaki on jest zajebisty` szepnęła podświadomość Reity ale szybko ją uciszył.
- Cześć, Akiraa! - uśmiechnął się Ruki tym swoim głupkowatym wkurwiającym uśmiechem, który był jednocześnie słodki. `AKIRA OPANUJ SIĘ DO CHOLERY.` krzyczał na siebie w myślach. Najchętniej to by go omijał z daleka, po tym co się między nimi stało, ale nie potrafił. Za bardzo go do niego ciągnęło.
-Cześć, Ruki. - mruknął, omijając go i kierując się w stronie drzwi wejściowych. `Co to kurwa było?!` zdziwił się Ruki oschłym zachowaniem Akiry.
`Tak będzie lepiej` myślał Reita kierując się w stronę windy. Taknori poczuł dziwne ukłucie w sercu, zraniło go zachowanie jego przyjaciela. `Jeżeli tak mogę go jeszcze nazwać`
Próba minęła spokojnie, bez spięć. Takanori z Akirą nie odzywali się do siebie ani słowem, udawali że siebie nie widzieli. Reszta zespołu zauważyła ich dziwne zachowanie i postanowiła coś z tym zrobić.
- Taka-chaaaaaaaan~! - zawył idiotycznie Uruha.
- Co? - warknął ten w odpowiedzi.
- Nie unoś się tak kochanie, my wychodzimy a ty i Akira zostajecie. Musicie pogadać i chyba coś sobie wyjaśnić. Nie będzie takiej atmosfery podczas niedzielnego koncertu.
- C..co?! -zapytał nader elkowentnie Akira. - Ja też się zbieram. Nie zostanę tutaj. - dodał dobitnie.
- Nie, WY zostajecie. I mnie to kurwa nie obchodzi, że ty nie chcesz. Coś jest na rzeczy i macie porozmawiać. To już nie jest prośba. - obydwaj spojrzeli na Kaia, który postanowił zabrać głos w tej idiotycznej dyskusji, nie pozostawiając sprzeciwu. Trójka mężczyzn wyszła. Zostawiając Akirę i Takanoriego "sam na sam".
- Nie wiem czy można nazwać nas przyjaciółmi. - wypalił Ruki patrząc prosto w oczy Reicie.
- Dlaczego tak sądzisz? - zapytał się,siadając obok niego na kanapie.
- Zmieniło się nasze podejście po ostatnim incydencie. A najgorsze jest to....że przestaję Cię widzieć w roli przyjaciela. - Takanori starannie przygotowywał mowę jaką wygłosi basiście kiedy już będą mieli sposobność porozmawiać, ale w tym momencie to wszystko wyparowało. Gdy poczuł bliskość Reity nie mógł się skupić.
- Takanori...nie możemy. - usłyszał cichy szept Akiry przepełniony bólem. - Chociaż nawet, jakbym bardzo chciał..To nie możemy. To nie jest możliwe w tym przpadku. - dokończył. Wokalista nie zastanawiając się nad swoim zachowaniem wgramolił się kolana Akiry siadając na nich okrakiem. Na co ten spojrzał zszokowany.
- A teraz mnie słuchaj. Bo powiem to tylko raz. - wziął głęboki wdech i kontynuował. - Wkurwia mnie to co do Ciebie czuje i jak się przy Tobie czuje. To męczy. Ale, nauczyłem się z tym żyć. Musiałem. Rozmowy z Tobą, wygłupy jak z przyjacielem...pomagały mi przetrwać to wszystko. Ten ostatni incydent, wiem był zły okropny i zrobiliśmy coś złego, ale jeżeli mam być szczery........Podobało mi się. I jeżeli mógłbym...powtarzałbym to codziennie. - spojrzał na basistę, który patrzył na niego zszokowany, po czym poczuł jak ten go obejmuje. Mocno. Czule.
- Jesteś pojebany. Mam Cię czasem dość...ale to było słodkie. Wiesz, że robimy coś złego? - wyszeptał Akira całując Takanoriego w nos.
- Wiem, ale...pieprzyć to. - uśmiechnął się tym swoim uśmiechem za który Reita by zabił, i pocałował go. Z początku delikatnie, czule...z czasem przerodziło się to w gonitwe pożądań.
Przekonali się, że miłość i pragnienie są silniejsze.
Nie wiedzieli, że przed nimi jest naprawdę długa droga do szczęścia.
sayo~! :)
wtorek, 12 lutego 2013
ReitaXRuki part 3.
Konbanwa ~ ♥
3 part napisałam, po wielu przeróbkach... chwilach załamani z powodu braku weny w końcu powstał. ._.
*`Ślady stóp nas obojga zdają się zanikać w fruwającym deszczu
Pokrywają się ze sobą, dopóki nie przestaną
**Chwyć mocno moją dłoń
Właśnie teraz dość już samotności
3 part napisałam, po wielu przeróbkach... chwilach załamani z powodu braku weny w końcu powstał. ._.
Nazajutrz Takanori obudził się ze strasznym bólem
głowy, a koło łóżka znalazł szklankę z wodą, tabletki oraz kartkę zaadresowaną
do niego. `Jak już wstałeś to zrób co musisz. Ja pojechałem do studia, ponieważ
dzwonił Kai i kazał nam się stawić. Dojedź do nas. Reita.` Ruki patrzył na
kartkę nie wiedząc, co sądzić na ten temat, było napisane to...to...dosyć
oschłe jak na Akire. Zastanawiał się co zaszło poprzedniej nocy, czy do czegoś
doszło..ale nie przypominał nic sobie takiego co mogłoby sprowokować basistę do
takiego zachowania. Nagle go olśniło.. POCAŁUNEK.
- Kurwa!Kurwa!Kurwa! To nie tak miało być!
Godzinę później Takanori siedział już w samochodzie i wymyślał, co powie Akirze, gdy już będzie na miejscu. `Mogłem tyle nie pić. Nie miałbym takiego problemu.` myślał wokalista, ale gdy przypomniał sobie pocałunek basisty...jego myśli wypełniał tylko on, jego usta, ręce, zapach. Tak, ten cudowny zapach Akiry. Wokalista całkowicie się rozmarzył walorach basisty, że dopiero po chwili do niego doszło, że właśnie podjechał pod studio. `Mam dość tego, że on ciągle siedzi w moich myślach!` mruczał Takanori wychodząc z samochodu i kierując się w stronę wejścia do budynku. Po drodze przywitał się z ochroniarzem i nacisnął przycisk sprowadzający windę na parter. Na górze reszta zespołu miała już „próbę”…Przynajmniej próbowali coś grać, ale bez wokalisty wychodziło im to marnie.
- Gdzie ten Ruki do cholery! - gorączkował się Kai po raz kolejny sprawdzając godzinę na swoim telefonie.
-Reeeita, na pewno go powiadomiłeś, że ma tutaj przyjechać?- pytał pół śpiący Uruha leżący głową na kolanach drugiego gitarzysty. Reszta zespołu naprawdę nie chciała wnikać co on robi nocami ani z kim. Woleli żyć w nieświadomości.
-Tak, zostawiłem mu kartkę na stoliku nocnym. – mruknął Reita i z powrotem zagłębił się w swoich myślach. Po tej całej akcji z pijanym Takanorim i pocałunkiem, basista nie wiedział co ma sądzić. Co prawda był skłonny zrobić to do czego zmierzała ta cała sytuacja i prawdą było również to że czuł pociąg do tego faceta, ale wolał żeby JAK JUŻ wokalista to pamiętał. Jego rozmyślania przerwało głośne wtargnięcie wokalisty do sali.
- Dzieeeeń dobry, panienki! Już przybyłem! Nie musieliście tęsknić. – zawołał szczerząc się do wszystkich.
- Gdzieś ty kurwa był?! – wydarł się się lider, ale na Rukim nie zrobiło to większego wrażenia nadal uśmiechał się głupio.
- Oj nie gorączkuj się tak. Musiałem się doprowadzić do porządku, muszę przecież jakoś wyglądać. JESTEM FEJMYS! – odpowiedział Kai’owi na co wszyscy przewrócili oczami i w końcu zaczęli próbę, która skończyła się dopiero późnym wieczorem. W trakcie ćwiczeń Takanori wpadł na pomysł do nowej piosenki i postanowił dziś zostać trochę dłużej w studiu, żeby popracować jeszcze nad słowami muzyką.
- Futari no ashioto ga kasanari. Togireru made*…. – powtarzał te słowa jak mantrę. Nie wiedział co może być dalej. Miał zastój.
- A może tak? Tsuyoku te o nigitte. Ima wa sore dakede i** - szepnął mu do ucha Akira powodując dziwne dreszcze na całym ciele, ale były one przyjemne. Nawet bardzo.
-Może być? – stanął nad nim i patrzył na niego wyczekującym wzrokiem. Takanori zastanawiał się chwilę, jakby analizował to co powiedział basista. Po chwili się uśmiechnął się do niego szczerze i z uglą.
- Dzięki! Tego mi brakowało, ale nie wiedziałem jak to ładnie ubrać w słowa. – odpowiedział mu wokalista po czym jego towarzysz odpowiedział mu uśmiechem i „rozwalił” się na kanapie, która stała po drugiej stronie ich sali prób. Po dwóch godzinach pracy skończył piosenkę.
- REEEEEEEITA SKOŃCZYŁEM! – Takanori skakał po całym pomieszczeniu jakby wykonywał jakiś afrykański taniec sprowadzający deszcz, ale gdy spojrzał w stronę basisty, który smacznie spał to przestał nie chcąc go obudzić.
- Ru…Ruk…Ruki…- mruczał Akira przez sen.
- Eh? – spojrzał w stronę kanapy z której dochodziły te dźwięki, ale ten spał dalej.- Może mi się przesłyszało. – mruknął. Po chwili usłyszał znowu ten sam dźwięk, który przyspieszał bicie jego serca. Podszedł do niego i nie mogąc się powstrzymać cmoknął go lekko w usta, ale w tej samej chwili Akira otworzył oczy. Wokalista spojrzał na niego przestraszony i szybko wstał, zabierał swoje rzeczy i szykował się w szybkim tempie do wyjścia.
- Pieprzyć to. – usłyszał ciche mruknięcie Reity i szybkie kroki za jego plecami. Zamarł. Nie wiedział co robić. Basista złapał go za nadgarstek i odwrócił przodem do siebie, po czym go mocno i agresywnie pocałował. `Co to ma być` myślał Ruki, ale nie zdążył się nad tym lepiej zastanowić, gdy pożądanie wzuło górę odwzajemniał jego pocałunki z takim samym zaangażowaniem. Akira sam nie wiedział co robi, poszedł za pragnieniem.. Pragnął dać upust temu napięciu oraz chciał się przekonać czy to działało w dwie strony.
- Kurwa!Kurwa!Kurwa! To nie tak miało być!
Godzinę później Takanori siedział już w samochodzie i wymyślał, co powie Akirze, gdy już będzie na miejscu. `Mogłem tyle nie pić. Nie miałbym takiego problemu.` myślał wokalista, ale gdy przypomniał sobie pocałunek basisty...jego myśli wypełniał tylko on, jego usta, ręce, zapach. Tak, ten cudowny zapach Akiry. Wokalista całkowicie się rozmarzył walorach basisty, że dopiero po chwili do niego doszło, że właśnie podjechał pod studio. `Mam dość tego, że on ciągle siedzi w moich myślach!` mruczał Takanori wychodząc z samochodu i kierując się w stronę wejścia do budynku. Po drodze przywitał się z ochroniarzem i nacisnął przycisk sprowadzający windę na parter. Na górze reszta zespołu miała już „próbę”…Przynajmniej próbowali coś grać, ale bez wokalisty wychodziło im to marnie.
- Gdzie ten Ruki do cholery! - gorączkował się Kai po raz kolejny sprawdzając godzinę na swoim telefonie.
-Reeeita, na pewno go powiadomiłeś, że ma tutaj przyjechać?- pytał pół śpiący Uruha leżący głową na kolanach drugiego gitarzysty. Reszta zespołu naprawdę nie chciała wnikać co on robi nocami ani z kim. Woleli żyć w nieświadomości.
-Tak, zostawiłem mu kartkę na stoliku nocnym. – mruknął Reita i z powrotem zagłębił się w swoich myślach. Po tej całej akcji z pijanym Takanorim i pocałunkiem, basista nie wiedział co ma sądzić. Co prawda był skłonny zrobić to do czego zmierzała ta cała sytuacja i prawdą było również to że czuł pociąg do tego faceta, ale wolał żeby JAK JUŻ wokalista to pamiętał. Jego rozmyślania przerwało głośne wtargnięcie wokalisty do sali.
- Dzieeeeń dobry, panienki! Już przybyłem! Nie musieliście tęsknić. – zawołał szczerząc się do wszystkich.
- Gdzieś ty kurwa był?! – wydarł się się lider, ale na Rukim nie zrobiło to większego wrażenia nadal uśmiechał się głupio.
- Oj nie gorączkuj się tak. Musiałem się doprowadzić do porządku, muszę przecież jakoś wyglądać. JESTEM FEJMYS! – odpowiedział Kai’owi na co wszyscy przewrócili oczami i w końcu zaczęli próbę, która skończyła się dopiero późnym wieczorem. W trakcie ćwiczeń Takanori wpadł na pomysł do nowej piosenki i postanowił dziś zostać trochę dłużej w studiu, żeby popracować jeszcze nad słowami muzyką.
- Futari no ashioto ga kasanari. Togireru made*…. – powtarzał te słowa jak mantrę. Nie wiedział co może być dalej. Miał zastój.
- A może tak? Tsuyoku te o nigitte. Ima wa sore dakede i** - szepnął mu do ucha Akira powodując dziwne dreszcze na całym ciele, ale były one przyjemne. Nawet bardzo.
-Może być? – stanął nad nim i patrzył na niego wyczekującym wzrokiem. Takanori zastanawiał się chwilę, jakby analizował to co powiedział basista. Po chwili się uśmiechnął się do niego szczerze i z uglą.
- Dzięki! Tego mi brakowało, ale nie wiedziałem jak to ładnie ubrać w słowa. – odpowiedział mu wokalista po czym jego towarzysz odpowiedział mu uśmiechem i „rozwalił” się na kanapie, która stała po drugiej stronie ich sali prób. Po dwóch godzinach pracy skończył piosenkę.
- REEEEEEEITA SKOŃCZYŁEM! – Takanori skakał po całym pomieszczeniu jakby wykonywał jakiś afrykański taniec sprowadzający deszcz, ale gdy spojrzał w stronę basisty, który smacznie spał to przestał nie chcąc go obudzić.
- Ru…Ruk…Ruki…- mruczał Akira przez sen.
- Eh? – spojrzał w stronę kanapy z której dochodziły te dźwięki, ale ten spał dalej.- Może mi się przesłyszało. – mruknął. Po chwili usłyszał znowu ten sam dźwięk, który przyspieszał bicie jego serca. Podszedł do niego i nie mogąc się powstrzymać cmoknął go lekko w usta, ale w tej samej chwili Akira otworzył oczy. Wokalista spojrzał na niego przestraszony i szybko wstał, zabierał swoje rzeczy i szykował się w szybkim tempie do wyjścia.
- Pieprzyć to. – usłyszał ciche mruknięcie Reity i szybkie kroki za jego plecami. Zamarł. Nie wiedział co robić. Basista złapał go za nadgarstek i odwrócił przodem do siebie, po czym go mocno i agresywnie pocałował. `Co to ma być` myślał Ruki, ale nie zdążył się nad tym lepiej zastanowić, gdy pożądanie wzuło górę odwzajemniał jego pocałunki z takim samym zaangażowaniem. Akira sam nie wiedział co robi, poszedł za pragnieniem.. Pragnął dać upust temu napięciu oraz chciał się przekonać czy to działało w dwie strony.
Zachłanne
pocałunki, potem skóra na skórze i dwa cała połączone w jedno.
Nawet nie wiedzieli, że ten incydent pociągnie za sobą następne i przyniesie wiele problemów, z którymi ciężko im się będzie uporać.
- Ruki, nie róbmy więcej tego. – szepnął Reita kiedy się żegnali…
Nawet nie wiedzieli, że ten incydent pociągnie za sobą następne i przyniesie wiele problemów, z którymi ciężko im się będzie uporać.
- Ruki, nie róbmy więcej tego. – szepnął Reita kiedy się żegnali…
*`Ślady stóp nas obojga zdają się zanikać w fruwającym deszczu
Pokrywają się ze sobą, dopóki nie przestaną
**Chwyć mocno moją dłoń
Właśnie teraz dość już samotności
środa, 6 lutego 2013
cześć.
konbanwa. ~
zaniedbałam bloga cholernie, moje życie prywatne w ostatnich miesiącach się troszku rozjebało. Ale jest już dobrze i powracam już na stałe.
Ogólnie tematyka bloga się nie zmienia poza tym, że chciałabym dodawać tutaj opowiadania i trochę własnych stylówek, więcej informacji na temat mody panującej w Japonii i Korei. Również więcej o zespołach j-rockowych etc. Ogólnie cała temayka Azjatycka.^^v
Piszę yaoi, więc je tutaj wstawiam. Dwa party mam za sobą więc w jednym poście będą wrzucę od razu. Teraz i tutaj. XD
Sooooł, miłego czytania!
Part I
`Codziennie tysiące fanów przychodzi na ich koncerty, podziwia ich oraz kocha muzykę jaką tworzą. Taki jest ich świat z wierzchu.. Ale jaki jest naprawdę? Świat pełen napięcia, muzyki, może nawet przelotnego seksu. Życie pełno-etatowgo "rockowca"` Takanori, czytając już wstęp do artykułu się wkurzył. `przelotnego seksu, kurwa. Teraz to przesadzili.`mruczał do siebie siedząc na kanapie w garderobie, czekając jak reszta zespołu skończy ostatnie przygotowania do zbliżającego się koncertu. Swoją drogą to on zawsze najszybciej się szykuje i ee..."ogarnia", jakby to powiedział Uruha, wielkolud z zajebistymi noga, którymi nie pogardziłaby niejedna dziewczyna. Po za tym to Uruha orientuje się najlepiej w tym dziwnym slangu młodych. Rukiemu wystarczy słowo 'kurwa' które wyraża więcej niż tysiąc dziwnych słów Uruhy, gdziekolwiek nie polecą na koncert ten zawsze podłapia slang tamtejszej młodzieży.
`Co tam czytasz maluszku?` to Reita najgłupszy basista pod słońcem i fan Sex Pistols, ale nasz bohater lubi tego tępaka(można nawet stwierdzić, że czuje do niego nawet pewnego rodzaju pociąg, ale przed nikim się nie przyzna.) Jest kochany i się troszczy o innych na swój pokręcony sposób.
`Czytam...i się wkurzam! No patrz co tu kurwa piszą! Takie głupoty` wkurzony Ruki wskazuje na artykuł w jakimś "tanim, lamrskim" brukowcu, który wymyślił ZNOWU dobrą bajkę na temat życia the GazettE.
`Przelotny sex! Pociąg seksualny do członków zespołu!` wylicza Takanori, kiedy w tym czasie basista szybko przegląda artykuł.`Przecież to tylko fanservice, dzięki któremu nasze fanki..`robi pauzę szukając odpowiedniego słowa, co mu się nie udaje.`Uru! Jak to ostatnio mówiłeś o naszych fankach?` spogląda w stronę Uruhy, który kończy właśnie malowanie paznokci.
`Ruki, przez Ciebie nie pomalowałem równo. Przestraszyłeś mnie!` biadoli Uruha, ale odpowiada wokaliście, który nie należy do cierpliwych osób `Chodzi Ci o to fangirlowanie, tak?` po czym całą uwagę z powrotem skupia na swoich paznokciach.
`Tak, o to mi chodziło. Dzięki! No ale kontynuując, przecież nie robimy ŻADNYCH nieprzyzwoitych rzeczy poza sceną` Takanori dokańcza swój wywód patrząc na rozbawionego Reitę, który już nie może wytrzymać ze śmiechu.
`Co Cię tak do cholery bawi?!`pyta wyraźnie zdenerwowany.
`Twoja reakcja na ten durny artykuł, maluszku!` czochra go po świeżo ułożonych włosach, po czym wstaje z zamiarem wyciągnięcia swojego basu z pokrowca.
`Przestań z tym maluszkiem, tępy frajerze!` oburza się wokalista. Takanori Matsumoto - mały facet z wielkim głosem. Tak sądzą jego przyjciele, zespół, rodzina i fani, ale on sam o sobie tak nie myśli. Uważa się za kogoś, komu Bóg pożałował wzrostu, jego marne 162 cm dobija go chwilami. Chciałby być taki jak Uruha albo Aoi, nawet Kai...już mógłby mieć wzrost Reity, ponieważ wtedy mógłby się nad nim znęcać i by odpłacił mu wszystkie upokorzenia i żarty jakie mu zrobił durny basista. Wszyscy są od niego wyżsi, nawet jego fanki! Co go bardzo frustruje.
`Ruki, pamiętaj dziś Twój fanservice z Reitą` przypomina mu najbardziej nadopiekuńczy lider na świecie - Kai.
`Ta, ta...pamiętam` mruczy w odpowiedzi.
`Dobra! Chłopaki! Czas podbić serca naszych fanów...znowu!` odzywa się Aoi,który kocha fanów nawet bardziej od swojej gitary. Wszyscy zgodnie kiwają głowami. The GazettE robią grupowy uścisk krzycząc przy tym "We are the best!" po czym każdy po kolei wychodzi na scene. Koncert przebiega idealnie `zresztą jak zawsze` myśli nasz bohater i gdy przychodzi czas jego małej zabawy z Reitą, Takanori wpada na całkiem nieprzyzwoity pomysł. `Teraz pokaże Wam naprawdę COŚ` myśli, podchodząc do basity, którego po chwili bardzo namiętnie całuje. O dziwo Akira, odwzajemnia pocałunek, czego wokalista się nie spodziewał. Ale spodobała mu się ta mała gra, bardzo mu się spodobała! `To..jest...świetne!` mruczy jego podświadomośćz zadowolenia, ale Takanori gani ją i przerywa ten gorący pocałunek. Puszcza mu oczko i odwraca się w stronę fanów zaczynając śpiewać następny utwór. W tym samym czasie w głowie Akiry przebiega tysiące myśli, ale jedna wysuwa się ponad wszytkie `DLACZEGO JA TO ZROBIŁEM. DLACZEGO POGŁĘBIŁEM TEN POCAŁUNEK. MOJE CIAŁO POMYŚLAŁO SZYBCIEJ NIŻ MÓZG,KURWA!` mały wokalista naprawdę zaszokował go tym nagłym atakiem, ale musiał przyznać...Podobało mu się to, było gorące i kurewsko podniecające. Czegoś takiego nie doświadczył już od dawna. Reszta zespołu również była nie tylko pod wrażeniem ale też w wielkim szoku jaki zafundowała im ta dwójka. I wszyscy jakby mieli jeden mózg pomyśleli `Takanori znowu zawita w brukowcach na pierwszej stronie`
Part II
2 tygodnie i 7 koncertów później.
`Takanori Matsumoto, wokalista the GazettE swoim zachowaniem na ostatnim koncercie w Nowym Jorku wykazał brak szacunku wobec swoich fanów, którzy byli zniesmaczeni wulgarnym zachowaniem piosenkarza, podczas tzw. "fanservicu", który naszym zdaniem jak i większości osób, która była na koncercie tego dnia był za ostry i zbyt wulgarny...blablablabla. Sranie po ścianie!` mruczy Takanori siedząc na fotelu pierwszej klasy w samolocie powrotnym do Tokio.
-To było gorące! - ekscytuje się Uruha szczerząc się jak debil, a Takanori wraca myślami do wczorajszego koncertu. `Dobra tym razem przesadziłem` myśli, `ale to nie moja wina że Reita wygląda naprawdę gorąco bez koszulki i w podartych spodniach.Musiałem mu zerwać tą brzydką koszulę, zresztą fankom się podobało.` Redaktorzy "The Celebrity Magazine" nie przepadają za japońskimi zespołami rockowymi i starają się zniszczyć ich wizerunek w Ameryce, co tak naprawdę marnie im wychodzi.
- Przecież wiesz że to było zajebiste! Jeszcze jak zdjąłeś mu tą koszulę! Mrrr! Zachowywaliście się jak byście chcieli uprawiać sex na scenie! - głośny rechot Uruhy i Aoi wyrywa Rukiego z zamyślenia. - Nie wiem po co to gówno czytasz. - wskazuje na gazetę, którą Ruki trzyma ręku. - Tylko się niepotrzebnie wkurzasz. - kontynuuje uśmiechając się do wokalisty.
-Właśnie oddaj mi to ścierwo! - włącza się do rozmowy lider wyrywając pismo z rąk Takanoriego, który wyraźnie nie był zadawolony z tego co zrobił Kai.
Zeszłej nocy nasz bohater nie mógł spać. Cały czas myślał o tych wszystkich głupich i z pozrou niewinnych zabawach z Reitą na scenie oraz o zachowaniu basisty, jego odpwiedziach na to co robił, które z razu na raz robiły się coraz odważniejsze i pozbawione wszelkich zachamowań. Musiał przyznać, że za każdym razem gdy dochodziło do zetknięcia się ich ust(na scenie tylko) lub chociaż nawet przypadkowo rąk, czuł jakby się rozpływał i chciał więcej dużo więcej.`Dlaczego moje ciało tak na niego reaguje?` zastanawiał się Takanori `Co się ze mną dzieje?` myślał, nie wiedział czemu odczuwa taki pociąg do basisty, ale nie uważał żeby to było złe wręcz przeciwnie chciał spróbować więcej. Zachowywał się jakby kierowały nim dwie osobowości, ta rozsądna co się zastanawia dlaczego i ta pozbawiona wszelkich zachamowań.
- Chłopaki! Musimy uczcić nasz pwrót do domu i 7 wspaniałaych koncertów. - odzywa się Uruha, który nigdy nie przepuści dobrej okazji do picia alkoholu.
- Tak! Nasza Kaczusia dobrze gada! - popiera go Aoi. Ten facet nigdy nie przepuści okazji żeby wejść na twittera, tak było i tym razem. Nawet nie zauważył że Uruha spogląda na niego z miną zabójcy za przezwisko "kaczusia", którego gitarzysta nienawidzi. Kojarzy mu się ono z jakąś głupią postacią z bajki.
- Dobra, mam ochotę po tym wszystkim się porządnie schlać. - odzywa się Takanori, który nadal błądzi w swoich myślach nie mogąc dojść z nimi do ładu. Pomyślał, że picie alkoholu uwolni go od natrętnych myślach o basiście bez koszulki.
- Macie 3 godziny, teraz jest 13 a więc o 16 spotykamy się u mnie w domu. - Reita odzywa się po raz pierwszy wciągu tego dnia.
Pożegnawszy się każdy wsiadł do swojego samochodu i rozjeżdżają się do swoich domów. Akira nie może uporządkować tego co się dzieje w jego głowie, jadąc uświadamia sobie że Ruki tak naprawdę nie jest mu obojętny. Pamięta początki..... już na samym początku ich znajomości uważał, że ten mały facet jest kurewsko słodki i zadziorny toteż lubiał go denerwować i się z nim droczyć. Podobało mu się w jaki sposób śpiewa, zachowuje się na scenie...imponował mu, w sumie nadal tak jest. A teraz ta jego "niewinna zabawa" nakręciła go. `ale dlaczego?` myślał basista.
Czy czują coś więcej do siebie? Możliwe, ale zanim to do nich dotrze...
3 godziny później Takanori stoi przed drzwiami do domu Akiry stukając w nie mocno. Po chwili w drzwiach staje pół nagi basista, stojący w samym ręczniku owiniętym w okół bioder. Na ten widok wokalista się czerweni ' co jest do kurwy?' zastanawia się w myślach na dziwną reakcją swojego ciała.
-Właź. - wpuszcza Rukiego do swojego domu. - Jak zawsze punktualny do bólu. - mruczy Reita na co tamten wystawia mu język w iście dorosły sposób.
- A żebyś wiedział! - odpowiada po czym udaje się do kuchni aby odłożyć kupiony alkohol i sushi do lodówki. Po chwili wchodzi już ubrany Reita.
- Jak już jesteś to pomóż mi to wszystko rozłożyć. Weź alkohol, to jedzenie co tam jest w tym pudełku na ostatniej półce i to co ty przniosłeś i ustaw to w salonie. A ja pójdę po kieliszki. - instruuje Akira nie dając dojść wokaliście do słowa, basista jest czasem naprawdę apodyktyczny i lubi rozkazywać. `A co ja do kurwy jestem?` myśli Takanori ale nie wypowiada tych słów na głos, ale zamiast tego uśmiecha się ironicznie i odpowiada :
- Tak, o panie już się robi. - po czym wychodzi z tym wszystkim aby pomóc mu poukładać wszystko na stole.
Chwilę później przyjechała reszta zespołu i mogą zaczynać.
4 godziny i 3 butelki sake później, Takanori nie tryska trzeźwością tak jak reszta zespołu. Nie należy on do wytrzymałych osób, jego głowa jest po prostu słaba. Wokalista gdy jest pijany to się do wszystkich klei i uwielbia się rozbierać do naga, więc zawsze najbezpieczniej położyć go do łóżka żeby spał. Raz gdy się naprawdę mocno upił, rozebrał się i wyszedł tak na balkon u Kai'a, który potem miał przez niego problemy. Sąsiadki pomyliły Rukiego z nim i składały mu niemoralne propozycje. Biedak musiał odkręcać to potem przez kilka tygodni, więc teraz wiedzą że trzeba go położyć spać żeby nie sprawiał problemów.
Gdy już Kai, Aoi i Uruha wyszli było grubo po północy, a Reita nie wiedział co ma zrobić z wokalistą, który sobie smacznie spał rozwalony na jego łóżku. Żal mu było go obudzić, więc tylko podszedł i poprawił mu kołdrę siadając na krawędzi łóżka i gdy miał już wstawać mała ręka Rukiego chwyciła go za nadgarstek.
- G....g...ggggdzie ty idziesz?- bełkotał wokalista, który był już w pozycji siedziącej i jego twarz znajdowała się kilka centymetrów od twarzy Akiry. Brązowe oczy przeciw brązowym i rosnące napięcie pomiędzy nimi. Po chwili Takanori wpił się łapczywie w usta Akiry, ten z początku toczył wewnętrzną walkę ze sobą, ale po chwili oddał pieszczotę z takim samym zaangażowaniem jak wokalista. Pocałunek z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej namiętny.. `Co ja do cholery robię?` myśli Akira, ale Ruki jest już wszędzie w jego głowie, sercu, zawładnął jego ciałem..Ale zmusza się, żeby odsunąć się od wokalisty i spogląda mu prosto w oczy.
- Takanori, nie. Jesteś pijany idź już spać.
nom, to tyle.
sayo! ;)
sobota, 24 listopada 2012
Tradycyjne instrumenty koreańskie~~ ^^
Konbanwa~~ ♥
Dziś napisze o kilku instrumentach. Takich dosyć znanych i popularnych. :3
Gayageum - tradycyjny instrument muzyczny Korei. (Geum-struna , gaya- nazwa królestwa)
Dziś napisze o kilku instrumentach. Takich dosyć znanych i popularnych. :3
Gayageum - tradycyjny instrument muzyczny Korei. (Geum-struna , gaya- nazwa królestwa)
instrument który ma piękne brzmienie..umieć na takim grać *-* bardzo bym chciała.
Piri (cylindryczny obój)
Kkwaenggwari - tradycyjny instrument perkusyjny.
- Taepyeongso - coś jak szałamaja (dawny instrument dęty drewniany z grupy aerofonów stroikowych, ze stroikiem podwójnym; podobny do oboju. Powstał ok. XIII wieku we Francji. Używany od średniowiecza do XVIII w.)
ummm... to chyba na tyle dziś. Jutro zrobię kontynuację tej notki~~ ^^
sayo ♥coś na koniec
Koreańska Tradycyjny Orkiestra~~
piątek, 23 listopada 2012
Wielki comeback.~~ TRADYCYJNA MUZYKA KOREAŃSKA.
Zabijcie, potnijcie,poodrywajcie kończyny..za to że olałam bloga. Ale..naprawdę nie mam czasu. ;;
Druga klasa Liceum.. to jest najtrudniejsza rzecz jeśli chodzi o całe liceum. Lektura za lekturą, sprawdzian goni sprawdzian a kartk. , kartkówkę. UMIERAM.
Chciała zarzucić jakimś ciekawym tematem o Japonii, ale postanowiłam dla odmiany o Korei. :3
TRADYCYJNA MUZYKA KOREAŃSKA. ~~ (jestem nią zafascynowana od jakiegoś czasu. XD)
Tradycyjna muzyka Koreańska opiera się na brzmieniu głosu który oddawać ma temperament i historię. Przykładem może być P’ansori , wystąpienie jednego artysty (śpiewaka), które może trwać przez osiem godzin bez przerwy (wtf? o_o). Istnieją dwa rodzaje muzyki tradycyjnej:
Druga klasa Liceum.. to jest najtrudniejsza rzecz jeśli chodzi o całe liceum. Lektura za lekturą, sprawdzian goni sprawdzian a kartk. , kartkówkę. UMIERAM.
Chciała zarzucić jakimś ciekawym tematem o Japonii, ale postanowiłam dla odmiany o Korei. :3
TRADYCYJNA MUZYKA KOREAŃSKA. ~~ (jestem nią zafascynowana od jakiegoś czasu. XD)
Tradycyjna muzyka Koreańska opiera się na brzmieniu głosu który oddawać ma temperament i historię. Przykładem może być P’ansori , wystąpienie jednego artysty (śpiewaka), które może trwać przez osiem godzin bez przerwy (wtf? o_o). Istnieją dwa rodzaje muzyki tradycyjnej:
- Jeongak - muzyka dworska. Ściśle powiązana z wyższą klasą społeczną. Takt jest baardzo wolny, odpowiada raczej oddechowi aniżeli biciu serca. Ta spokojna muzyka sprzyja medytacji, relaksacji.
Brzmienie Jeongak jest miękkie i spokojne ze względu na to, że tradycyjne instrumenty przeważnie mają struny wykonane z jedwabiu. (nie powiem trochę zmulające, ale te instrumenty.. magia *.* nauczyć sięna nich grac to sztuka już sama w sobie.)
Hahyeon Dodeuri, Yeongsanhoesang.
- Minsogak- tradycyjna muzyka wiejska pełna ekspresji i emocji. Rodzaj muzyki związany życiem prostego ludu, i jak na taką muzykę często są różne improwizacje. Takt jest szybszy niż w Jeongak, odh\głos bicia serca raczej. :3
niestety nie mogłam znaleźć przykładu Minsogak. ;; Ale wygląda to mniej więcej tak:
(mogę sobie tylko wyobrazić ten rytm, odgłos tych instrumentów *.*)
um.. to na tyle.
Jutro wieczorem przedstawię tradycyjne instrumenty i ich brzmienie. :)
oyasumianasai.~~♥
wtorek, 9 października 2012
Post organizacyjny.
Konbanwa~
Piszę ten post z prostych powodów.. Nie wiem jak dogodzić moim czytelnikom. ^^ Jeżeli jacyś są, i jacyś czytają Something About Asia to proszę podsuncie mi pomysły o czym chcielibyście czytać. Owszem mam wiele pomysłów, ale mogą one was nie interesować. W końcu każdy z nas kocha Azję za co innego(albo się mylę)
Więc jak?
Proszę, poudzielajcie się trochę. (: Byłabym wdzięczna, za odrobinę aktywności z waszej strony.
Nie po to się produkuję, wymyślam pomysły na posty, żeby potem pozostały one bez echa.
Hm?
Pomożecie mi?
Czekam na propozycje, Tanoshii.
+btw. zostałam jak narazie sama z blogiem, ponieważ Yuuki z wielu przyczyn nie może go ze mną prowadzić. Mam nadzieję że do nas wróci. :)
Piszę ten post z prostych powodów.. Nie wiem jak dogodzić moim czytelnikom. ^^ Jeżeli jacyś są, i jacyś czytają Something About Asia to proszę podsuncie mi pomysły o czym chcielibyście czytać. Owszem mam wiele pomysłów, ale mogą one was nie interesować. W końcu każdy z nas kocha Azję za co innego(albo się mylę)
Więc jak?
Proszę, poudzielajcie się trochę. (: Byłabym wdzięczna, za odrobinę aktywności z waszej strony.
Nie po to się produkuję, wymyślam pomysły na posty, żeby potem pozostały one bez echa.
Hm?
Pomożecie mi?
Czekam na propozycje, Tanoshii.
+btw. zostałam jak narazie sama z blogiem, ponieważ Yuuki z wielu przyczyn nie może go ze mną prowadzić. Mam nadzieję że do nas wróci. :)
niedziela, 7 października 2012
Baśnie i opowieści zen Kraju Kwitnącej Wiśni cz. IV.~
Konbanwa.~ Dziś V część z cyklu Baśnie i Opowieści Zen. Nie wiem czy dam radę dodać coś jutro więc..gomene.
Fajnie by było gdybyście od czasu do czasu pisali komentarze. To byłoby bardzo miłe. Dla mnie jako autorki tego bloga ;_;
A teraz zapraszam do czytania:
~~~~
Niezwykła mniszka.
Stary mistrz zen lubił tę historię. „Ta baśń będzie stanowiła ważny moment na waszej drodze mądrości” – mówił do młodych nowicjuszy, uśmiechając się przy tym chytrze. Gdybyście tylko znali miasto Nara w tamtych czasach! Nara zieleniejąca, Nara kielich wonnego kwiatu, klejnot wyspy Honsiu’, religijna stolica Japonii, buddyjski Rzym. W jej murach żyło tysiące mniszek i mnichów. Wszędzie rozkwitały sanktuaria, kaplice, wielopiętrowe pagody, słynne świątynie. Najbardziej znaną ze wszystkich była cudowna świątynia Todaidji. Podczas wielkich świąt buddyjskich sam cesarz brał udział w uroczystościach. Tego dnia całe miasto było radosne. Ogromny tłum rozlewał się po uliczkach okalających świątynię; kuglarze, animatorzy marionetek, mimowie, akrobaci prześcigali się w pokazach zręczności i kolejno zabawiali grupki gapiów. Nagle podniósł się krzyk: „Cesarz, cesarz!”. Żołnierze uzbrojeni w ciężkie piki torowali drogę w tłumie i orszak posuwał się naprzód: cesarz w bogato złoconych szatach niesiony w lektyce, w otoczeniu dworzan, ministrów, szambelanów i bonzów. Zapachy kadzideł unosiły się w powietrzu, niebiańska muzyka pieśni towarzyszyła niespiesznemu przesuwaniu się cesarskiego orszaku w stronę wielkiego portyku świątyni, nad którym górował okazały Budda powlekany laką i jaśniejący tysiącem świateł. – To były wspaniałe święta! – mówił mistrz zen, rozmarzony. – Baśń, Mistrzu, baśń! – błagali młodzi nowicjusze. Na to mistrz się uśmiechał: – Miejsce i czas stanowią część baśni; słuchajcie z uwagą, mądrość nie dociera do niecierpliwych. Otóż w tamtych czasach zdarzyło się, że pewien mnich zakochał się nieprzytomnie w jednej mniszce. Ryonen była pięknością olśniewającej urody, promiennej, a jednocześnie tajemniczej. Jej cera, sposób noszenia głowy, postawa, wszystko w jej uroczym wyglądzie było zachwycające, do tego jednak dochodziła przenikliwa inteligencja, zdecydowany charakter, wspaniałomyślność, wzgląd na innych, od czego jaśniała wewnętrznym światłem. Ryonen mogłaby rozkochać w sobie do szaleństwa najmądrzejszych ludzi, a może nawet mnichów… Hashino kochał ją miłością niedorzeczną, nieokiełznaną. Nie jadł, nie spał, był roztargniony podczas ceremonii rytualnych, miał na jej punkcie obsesję, świata poza nią nie widział, żył tylko dla niej, działał na własną zgubę. Pewnej nocy przekroczył próg, popełnił najwyższą zbrodnię, wszedł do jej mniszej celi i błagał o miłość. Ryonen wzięła zatem los Hashino w swoje ręce. Wystarczyłoby, żeby zaczęła krzyczeć, żeby wezwała swe siostry, a stałoby się najgorsze. Ona jednak zachowała spokój, nie okazała nawet zdziwienia. Powiedziała tylko do nowicjusza, który płonął z pożądania: – Oddam ci się jutro. Nazajutrz był dzień wielkiego święta. Z okazji Oświecenia Buddy cesarz brał udział w nabożeństwach. Właśnie tam, w sanktuarium świątyni Todaidji, stanęła przez obliczem Hashino całkowicie naga. – Weź mnie – rzekła – teraz! Wtedy Hashino doznał Satori, Przebudzenia. Jak w tych rysunkach, na których kształty i kolory zmieniają się w zależności od punktu widzenia, ujrzał rzeczywistość, która do tej pory pozostawała w ukryciu. Poznał, że jego miłość była czymś nienaturalnym, zwodniczym, a jego szalone żądze przypominały migocące refleksy księżyca na wodzie. Zasłona iluzji rozdarła się. Sięgnął do korzeni ja, doszedł do prawdy i spokoju.
~~
Czy chciałbyś zostać cesarzem?
W tamtych czasach Heian,0, co znaczy „stolica pokoju i równowagi” I , było zachwycającym miejscem, gdzie rezydował Jego Wysokość Cesarz. Szlachetni panowie w czerwonych odzieniach, tunikach w kolorze czereśni i purpurowych spodniach, szlachetne damy w oszałamiających strojach o coraz to nowych, niespotykanych dotąd barwach, współzawodniczyli ze sobąw miłosnych zmaganiach i rozwiązywaniu łamigłówek. Wystawne rauty odbywały się nieprzerwanie to w pałacach, to w willach zdobionych wspaniałymi posągami. Na brzegach jeziora Ośmiu Cnót w blasku księżyca muzycy akompaniowali zakochanym. Świątynie były zbudowane z cennych gatunków drzewa, zdobione macicą perłową i inkrustowane szlachetnymi kamieniami. Ceremonie rytualne odbywały sięz niezrównanym przepychem w całym cesarstwie. Cesarz Saga był człowiekiem sędziwym, którego nudziła już nieco ta zabawa bez końca. Dręczył go tajemniczy smutek. Cesarz nie miał syna. Często opuszczał dwór i udawał się w towarzystwie kilku wiernych i dyskretnych sług do pewnego pustelnika, mnicha zen. Ten żył niedaleko od stolicy, w prostym szałasie z gałęzi, w pobliżu zrujnowanej pagody. Siedząc na pniaku, Saga patrzył, jak mnich modli się, medytuje, rąbie drzewo, i jak siekiera błyska w słońcu w rytm jego uderzeń. – Od wielu lat patrzę, jak żyjesz, Ryoben, jesteś aktywny, pełen energii, wspaniałomyślny i mądry. Ja sięstarzeję, nie mam syna. Czy chciałbyś po mnie dziedziczyć, czy chciałbyś zostać cesarzem? Na tę zaskakującą prośbę mnich nie odpowiedział ani słowa. – Wyobraź sobie, Ryoben, przyjemności, bogactwo, władza absolutna, prawo życia i śmierci nad wszystkim, co oddycha w tym kraju. Mógłbyś wystawić tu pałac albo świątynię, albo sto pagodo nauczaćzen, rozszerzyć swoje wpływy. To cię nie kusi? Na to Ryoben odłożył siekierę, poprawił szatę i rzekł: – Pójdę nad rzekę, by umyć uszy zbrukane twymi słowami. I udał się nad rzekę, gdzie spotkał wieśniaka, który przychodził tam często poić krowę. – Myjesz sobie uszy, o tej porze? – Tak, moje uszy zostały zbrukane słowami cesarza. Zaproponował mi, bym po nim dziedziczył i zasiadł na tronie. – Rozumiem, dlaczego się myjesz! – powiedział wieśniak. – W tej sytuacji nie pozwolę krowie pić tej zabrudzonej wody.
Prowokacja, impertynencja, gromki, wyzwalający śmiech zen. Mnich patrzy jednakim okiem na księcia i nędzarza, na lwa i robaka. Niczego nie zazdroszcząc, niczego nie posiadając, zen jest wolnością doskonałą.
~~~
To tyle, oyasumi.
Fajnie by było gdybyście od czasu do czasu pisali komentarze. To byłoby bardzo miłe. Dla mnie jako autorki tego bloga ;_;
A teraz zapraszam do czytania:
~~~~
Niezwykła mniszka.
Stary mistrz zen lubił tę historię. „Ta baśń będzie stanowiła ważny moment na waszej drodze mądrości” – mówił do młodych nowicjuszy, uśmiechając się przy tym chytrze. Gdybyście tylko znali miasto Nara w tamtych czasach! Nara zieleniejąca, Nara kielich wonnego kwiatu, klejnot wyspy Honsiu’, religijna stolica Japonii, buddyjski Rzym. W jej murach żyło tysiące mniszek i mnichów. Wszędzie rozkwitały sanktuaria, kaplice, wielopiętrowe pagody, słynne świątynie. Najbardziej znaną ze wszystkich była cudowna świątynia Todaidji. Podczas wielkich świąt buddyjskich sam cesarz brał udział w uroczystościach. Tego dnia całe miasto było radosne. Ogromny tłum rozlewał się po uliczkach okalających świątynię; kuglarze, animatorzy marionetek, mimowie, akrobaci prześcigali się w pokazach zręczności i kolejno zabawiali grupki gapiów. Nagle podniósł się krzyk: „Cesarz, cesarz!”. Żołnierze uzbrojeni w ciężkie piki torowali drogę w tłumie i orszak posuwał się naprzód: cesarz w bogato złoconych szatach niesiony w lektyce, w otoczeniu dworzan, ministrów, szambelanów i bonzów. Zapachy kadzideł unosiły się w powietrzu, niebiańska muzyka pieśni towarzyszyła niespiesznemu przesuwaniu się cesarskiego orszaku w stronę wielkiego portyku świątyni, nad którym górował okazały Budda powlekany laką i jaśniejący tysiącem świateł. – To były wspaniałe święta! – mówił mistrz zen, rozmarzony. – Baśń, Mistrzu, baśń! – błagali młodzi nowicjusze. Na to mistrz się uśmiechał: – Miejsce i czas stanowią część baśni; słuchajcie z uwagą, mądrość nie dociera do niecierpliwych. Otóż w tamtych czasach zdarzyło się, że pewien mnich zakochał się nieprzytomnie w jednej mniszce. Ryonen była pięknością olśniewającej urody, promiennej, a jednocześnie tajemniczej. Jej cera, sposób noszenia głowy, postawa, wszystko w jej uroczym wyglądzie było zachwycające, do tego jednak dochodziła przenikliwa inteligencja, zdecydowany charakter, wspaniałomyślność, wzgląd na innych, od czego jaśniała wewnętrznym światłem. Ryonen mogłaby rozkochać w sobie do szaleństwa najmądrzejszych ludzi, a może nawet mnichów… Hashino kochał ją miłością niedorzeczną, nieokiełznaną. Nie jadł, nie spał, był roztargniony podczas ceremonii rytualnych, miał na jej punkcie obsesję, świata poza nią nie widział, żył tylko dla niej, działał na własną zgubę. Pewnej nocy przekroczył próg, popełnił najwyższą zbrodnię, wszedł do jej mniszej celi i błagał o miłość. Ryonen wzięła zatem los Hashino w swoje ręce. Wystarczyłoby, żeby zaczęła krzyczeć, żeby wezwała swe siostry, a stałoby się najgorsze. Ona jednak zachowała spokój, nie okazała nawet zdziwienia. Powiedziała tylko do nowicjusza, który płonął z pożądania: – Oddam ci się jutro. Nazajutrz był dzień wielkiego święta. Z okazji Oświecenia Buddy cesarz brał udział w nabożeństwach. Właśnie tam, w sanktuarium świątyni Todaidji, stanęła przez obliczem Hashino całkowicie naga. – Weź mnie – rzekła – teraz! Wtedy Hashino doznał Satori, Przebudzenia. Jak w tych rysunkach, na których kształty i kolory zmieniają się w zależności od punktu widzenia, ujrzał rzeczywistość, która do tej pory pozostawała w ukryciu. Poznał, że jego miłość była czymś nienaturalnym, zwodniczym, a jego szalone żądze przypominały migocące refleksy księżyca na wodzie. Zasłona iluzji rozdarła się. Sięgnął do korzeni ja, doszedł do prawdy i spokoju.
~~
Czy chciałbyś zostać cesarzem?
W tamtych czasach Heian,0, co znaczy „stolica pokoju i równowagi” I , było zachwycającym miejscem, gdzie rezydował Jego Wysokość Cesarz. Szlachetni panowie w czerwonych odzieniach, tunikach w kolorze czereśni i purpurowych spodniach, szlachetne damy w oszałamiających strojach o coraz to nowych, niespotykanych dotąd barwach, współzawodniczyli ze sobąw miłosnych zmaganiach i rozwiązywaniu łamigłówek. Wystawne rauty odbywały się nieprzerwanie to w pałacach, to w willach zdobionych wspaniałymi posągami. Na brzegach jeziora Ośmiu Cnót w blasku księżyca muzycy akompaniowali zakochanym. Świątynie były zbudowane z cennych gatunków drzewa, zdobione macicą perłową i inkrustowane szlachetnymi kamieniami. Ceremonie rytualne odbywały sięz niezrównanym przepychem w całym cesarstwie. Cesarz Saga był człowiekiem sędziwym, którego nudziła już nieco ta zabawa bez końca. Dręczył go tajemniczy smutek. Cesarz nie miał syna. Często opuszczał dwór i udawał się w towarzystwie kilku wiernych i dyskretnych sług do pewnego pustelnika, mnicha zen. Ten żył niedaleko od stolicy, w prostym szałasie z gałęzi, w pobliżu zrujnowanej pagody. Siedząc na pniaku, Saga patrzył, jak mnich modli się, medytuje, rąbie drzewo, i jak siekiera błyska w słońcu w rytm jego uderzeń. – Od wielu lat patrzę, jak żyjesz, Ryoben, jesteś aktywny, pełen energii, wspaniałomyślny i mądry. Ja sięstarzeję, nie mam syna. Czy chciałbyś po mnie dziedziczyć, czy chciałbyś zostać cesarzem? Na tę zaskakującą prośbę mnich nie odpowiedział ani słowa. – Wyobraź sobie, Ryoben, przyjemności, bogactwo, władza absolutna, prawo życia i śmierci nad wszystkim, co oddycha w tym kraju. Mógłbyś wystawić tu pałac albo świątynię, albo sto pagodo nauczaćzen, rozszerzyć swoje wpływy. To cię nie kusi? Na to Ryoben odłożył siekierę, poprawił szatę i rzekł: – Pójdę nad rzekę, by umyć uszy zbrukane twymi słowami. I udał się nad rzekę, gdzie spotkał wieśniaka, który przychodził tam często poić krowę. – Myjesz sobie uszy, o tej porze? – Tak, moje uszy zostały zbrukane słowami cesarza. Zaproponował mi, bym po nim dziedziczył i zasiadł na tronie. – Rozumiem, dlaczego się myjesz! – powiedział wieśniak. – W tej sytuacji nie pozwolę krowie pić tej zabrudzonej wody.
Prowokacja, impertynencja, gromki, wyzwalający śmiech zen. Mnich patrzy jednakim okiem na księcia i nędzarza, na lwa i robaka. Niczego nie zazdroszcząc, niczego nie posiadając, zen jest wolnością doskonałą.
~~~
To tyle, oyasumi.
sobota, 6 października 2012
Baśnie i opowieści zen Kraju Kwitnącej Wiśni cz. III~
Dobry wieczór Kochani <3
Dziś część 3 Baśni i Opowieści Zen :3 Zapraszam do czytania :)
~~~~
Umrzeć… W jakim wieku?
Człowiek dzieli los iskry. Louis Aragon, Elsa.
Ryokan, osiemnastowieczny poeta, który umiał rozmawiać z roślinami, owadami, ptakami, znany był w całej Japonii z powodu mądrości i skuteczności swych kito. Przybywano do niego z każdego zakątka kraju po poradę, a także prosić go o wstawiennictwo u bogów. I tak, którego ranka przed chatą z gałęzi stanął pewien szacowny mnich, chudy, zasuszony staruszek. – Jestem zaszczycony twoją wizytą, święty mnichu – rzekł Ryokan. – Wieści o twej dobroci dotarły aż do mnie; czego pragniesz? – Pragnąłbym kito – odparł mężczyzna, gładząc swą krótką, białą brodę. – Chętnie – odpowiedział Ryokan. – A jakie jest twoje życzenie? – Pragnąłbym mieć długie życie… – Ile masz lat? – Skończyłem osiemdziesiąt, kiedy kwitły czereśnie. – A jak długo chciałbyś żyć? O ile mam prosić bogów? – Sto lat! Sto lat wydaje mi się dobrą liczbą, tak, sto wystarczy. – Zdumiewa mnie skromność twego życzenia, przybyłeś z bardzo daleka, by prosić mnie o to kito, czemu miałoby cię zadowolić sto lat? – Prawdą jest – westchnął gość – że wciąż roztaczam wokół siebie mądrość i rozdzielam dobre uczynki, a czegóż bym nie dokonał, żyjąc dłużej! Powiedzmy, sto dwadzieścia, sto trzydzieści, a może raczej jakąś okrągłą liczbę: sto pięćdziesiąt lat. Czy to możliwe? – Naturalnie – odpowiedział Ryokan. – Czyli ustalamy sto pięćdziesiąt lat. Moje kito są bardzo precyzyjne, więc przygotuję ci je dokładnie na sto pięćdziesiąt lat. Czy jednak dobrze to przemyślałeś? Masz osiemdziesiąt lat, zostanie ci zatem siedemdziesiąt lat życia, mniej niż przeżyłeś do tej pory. Ale twoje życzenie jest dobre, jesteś człowiekiem mądrym i mało. wymagającym. – Zaczekaj jeszcze chwilę – rzecze osiemdziesięciolatek. – To prawda, że siedemdziesiąt lat to niewiele, pierwsze osiemdziesiąt minęło mi jak sen i wydaje mi się, że nie dalej jak wczoraj bawiłem się z braćmi i siostrami w ogrodzie moich rodziców. – Druga część życia – zauważa Ryokan – jest niczym drugie zbocze góry: schodzi się po nim znacznie szybciej, niż się wspinało na pierwsze. – No dobrze, przyjmuję twoje racje, mądry Ryokanie, przygotuj mi kito na… powiedzmy, trzysta lat! Ryokan drapie się w głowę i nie rusza z miejsca. – No, na co czekasz? – niecierpliwi się gość. – Czy proszę o zbyt wiele? – dodaje zaniepokojony. – Nie, nie, tylko się zastanawiałem – mówi Ryokan. – Bo w zasadzie dlaczego miałbyś zatrzymywaćsię na trzystu latach… Podobno niektóre żółwie żyją i tysiąc lat, a także żurawie… Dlaczego tylko trzysta? – Tysiąc? Jak by nie było, to kusząca perspektywa. Mam tyle dobrych rzeczy do zrobienia, o ileż więcej dobra mógłbym uczynić przez tysiąc lat! Ryokan nie rusza się z miejsca i wydaje się wahać: – Ważę twoje słowa, święty mnichu, i widzę, jak cenne jest twoje życie. Najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdybyś w ogóle nie umarł. – Mógłbyś przygotować mi kito, które oszczędziło by mi śmierci? – Tak, ale to będzie bardzo, bardzo drogie i bardzo trudne! – Jestem gotów zapłacić każdą cenę, wykonywać najtrudniejsze ćwiczenia, przekonałeś mnie, szlachetny Ryokanie, błagam cię, będę ci we wszystkim posłuszny, tylko przygotuj mi kito, które uczyni mnie nieśmiertelnym. Tego dnia Ryokan zabrał do swej skromnej chaty z gałęzi starego mnicha, który przybył z północy. Razem rąbali drzewo, czerpali wodę z rzeki, spali na gołej ziemi, modlili się i medytowali przez długie godziny. Jadali ryż albo śmiali się, obserwując lot niezgrabnej sójki. Wiosną Ryokan ułożył wiersze: Ten świat to nie więcej niż kwiat czereśni, a także Słowik mnie zbudził ze snu, poranna porcja ryżu. Czy też: Barka z ryżem kieruje się w stronę księżyca trzeciego dnia. Minęły w ten sposób zima, wiosna, lato. Pewnego wieczoru w końcu lata siedzieli obaj przed chatą, kontemplując pierwszy lot dzikich gęsi, kiedy Ryokan oświadczył: – Jutro przystąpię do ceremonii kito, które uczyni cię nieśmiertelnym, tak jak się umówiliśmy. – Sam już nie wiem – odparł pogrążony w zadumie osiemdziesięciolatek, gładząc swą brodę, która znacznie się wydłużyła – dlaczego prosiłem cię o to kito. Skończone jest nieskończonością, a nieskończone – skończone. Teraźniejszość trwa po wsze czasy.
~~~~~
Miłość odchodzi.
Młody, biedny człowiek o imieniu Iruka był do szaleństwa zakochany w bogatej i w dodatku pięknej dziewczynie. Ponieważ znał litery, Iruka codziennie, przez trzy długie lata, pisał do swej ukochanej listy miłosne, i nie zaniedbał tego ani razu. Trzecie go roku ośmielił się zasugerować jej, by dała mu znak podczas święta bon. Ale ukochana nie odpowiedziała, nawet na niego nie popatrzyła i nigdy nie okazała mu najmniejszego zainteresowania. Wtedy w serce Iruki wkradło się zniechęcenie. Myślał o tym, by zostać mnichem, i rzeczywiście tak uczynił. Czas mijał… Pewnego poranka wiosną Iruka poszedł po wodę do studni położonej nieopodal jego pustelni i po raz pierwszy i ostatni w życiu spotkał Czujo. Rzuciła mu się do stóp. – Iruka! – zawołała. – Wędrowałam całymi miesiącami, zanim cię odnalazłam, nareszcie cię widzę, wspaniały Iruko! Twoja miłość, o której świadczy tysiąc listów, w końcu poruszyła moje serce. Wypowiadając te słowa, dziewczyna odsłoniła twarz ukrytą do tej pory za cienką woalką z jedwabiu, a była tak piękna, że bladło przy niej światło dnia. – Należę do ciebie, Iruko, kocham cię dziś, jak ty kochałeś mnie dawniej. Iruka jej odpowiedział: – Już za późno, Czujo, zerwałem wszelkie więzy z miłością tego rodzaju. Jestem mnichem. I bez jednego spojrzenia odszedł. Zrozpaczona Czujo skoczyła do rzeki i utopiła się w niej. Dowiedziawszy się o tym, Iruka ułożył taki oto wiersz: Kwiat czereśnie pozostaje na gałęzi, umiera zanim nadejdzie lato.
Ta historia należy dziś do przeszłości. Wszystko, co się rodzi, umiera. Wszystko, co przybywa, odchodzi, i pozostaje tylko wieczny Atma.
~~~
No to na tyle, proszę zostawiajcie komentarz czasem. D: *ładnie prosi* Oglądalność jest dobra, ale komentarz bardzo proszę kochani! <3 Oyasumi :)
Dziś część 3 Baśni i Opowieści Zen :3 Zapraszam do czytania :)
~~~~
Umrzeć… W jakim wieku?
Człowiek dzieli los iskry. Louis Aragon, Elsa.
Ryokan, osiemnastowieczny poeta, który umiał rozmawiać z roślinami, owadami, ptakami, znany był w całej Japonii z powodu mądrości i skuteczności swych kito. Przybywano do niego z każdego zakątka kraju po poradę, a także prosić go o wstawiennictwo u bogów. I tak, którego ranka przed chatą z gałęzi stanął pewien szacowny mnich, chudy, zasuszony staruszek. – Jestem zaszczycony twoją wizytą, święty mnichu – rzekł Ryokan. – Wieści o twej dobroci dotarły aż do mnie; czego pragniesz? – Pragnąłbym kito – odparł mężczyzna, gładząc swą krótką, białą brodę. – Chętnie – odpowiedział Ryokan. – A jakie jest twoje życzenie? – Pragnąłbym mieć długie życie… – Ile masz lat? – Skończyłem osiemdziesiąt, kiedy kwitły czereśnie. – A jak długo chciałbyś żyć? O ile mam prosić bogów? – Sto lat! Sto lat wydaje mi się dobrą liczbą, tak, sto wystarczy. – Zdumiewa mnie skromność twego życzenia, przybyłeś z bardzo daleka, by prosić mnie o to kito, czemu miałoby cię zadowolić sto lat? – Prawdą jest – westchnął gość – że wciąż roztaczam wokół siebie mądrość i rozdzielam dobre uczynki, a czegóż bym nie dokonał, żyjąc dłużej! Powiedzmy, sto dwadzieścia, sto trzydzieści, a może raczej jakąś okrągłą liczbę: sto pięćdziesiąt lat. Czy to możliwe? – Naturalnie – odpowiedział Ryokan. – Czyli ustalamy sto pięćdziesiąt lat. Moje kito są bardzo precyzyjne, więc przygotuję ci je dokładnie na sto pięćdziesiąt lat. Czy jednak dobrze to przemyślałeś? Masz osiemdziesiąt lat, zostanie ci zatem siedemdziesiąt lat życia, mniej niż przeżyłeś do tej pory. Ale twoje życzenie jest dobre, jesteś człowiekiem mądrym i mało. wymagającym. – Zaczekaj jeszcze chwilę – rzecze osiemdziesięciolatek. – To prawda, że siedemdziesiąt lat to niewiele, pierwsze osiemdziesiąt minęło mi jak sen i wydaje mi się, że nie dalej jak wczoraj bawiłem się z braćmi i siostrami w ogrodzie moich rodziców. – Druga część życia – zauważa Ryokan – jest niczym drugie zbocze góry: schodzi się po nim znacznie szybciej, niż się wspinało na pierwsze. – No dobrze, przyjmuję twoje racje, mądry Ryokanie, przygotuj mi kito na… powiedzmy, trzysta lat! Ryokan drapie się w głowę i nie rusza z miejsca. – No, na co czekasz? – niecierpliwi się gość. – Czy proszę o zbyt wiele? – dodaje zaniepokojony. – Nie, nie, tylko się zastanawiałem – mówi Ryokan. – Bo w zasadzie dlaczego miałbyś zatrzymywaćsię na trzystu latach… Podobno niektóre żółwie żyją i tysiąc lat, a także żurawie… Dlaczego tylko trzysta? – Tysiąc? Jak by nie było, to kusząca perspektywa. Mam tyle dobrych rzeczy do zrobienia, o ileż więcej dobra mógłbym uczynić przez tysiąc lat! Ryokan nie rusza się z miejsca i wydaje się wahać: – Ważę twoje słowa, święty mnichu, i widzę, jak cenne jest twoje życie. Najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdybyś w ogóle nie umarł. – Mógłbyś przygotować mi kito, które oszczędziło by mi śmierci? – Tak, ale to będzie bardzo, bardzo drogie i bardzo trudne! – Jestem gotów zapłacić każdą cenę, wykonywać najtrudniejsze ćwiczenia, przekonałeś mnie, szlachetny Ryokanie, błagam cię, będę ci we wszystkim posłuszny, tylko przygotuj mi kito, które uczyni mnie nieśmiertelnym. Tego dnia Ryokan zabrał do swej skromnej chaty z gałęzi starego mnicha, który przybył z północy. Razem rąbali drzewo, czerpali wodę z rzeki, spali na gołej ziemi, modlili się i medytowali przez długie godziny. Jadali ryż albo śmiali się, obserwując lot niezgrabnej sójki. Wiosną Ryokan ułożył wiersze: Ten świat to nie więcej niż kwiat czereśni, a także Słowik mnie zbudził ze snu, poranna porcja ryżu. Czy też: Barka z ryżem kieruje się w stronę księżyca trzeciego dnia. Minęły w ten sposób zima, wiosna, lato. Pewnego wieczoru w końcu lata siedzieli obaj przed chatą, kontemplując pierwszy lot dzikich gęsi, kiedy Ryokan oświadczył: – Jutro przystąpię do ceremonii kito, które uczyni cię nieśmiertelnym, tak jak się umówiliśmy. – Sam już nie wiem – odparł pogrążony w zadumie osiemdziesięciolatek, gładząc swą brodę, która znacznie się wydłużyła – dlaczego prosiłem cię o to kito. Skończone jest nieskończonością, a nieskończone – skończone. Teraźniejszość trwa po wsze czasy.
~~~~~
Miłość odchodzi.
Młody, biedny człowiek o imieniu Iruka był do szaleństwa zakochany w bogatej i w dodatku pięknej dziewczynie. Ponieważ znał litery, Iruka codziennie, przez trzy długie lata, pisał do swej ukochanej listy miłosne, i nie zaniedbał tego ani razu. Trzecie go roku ośmielił się zasugerować jej, by dała mu znak podczas święta bon. Ale ukochana nie odpowiedziała, nawet na niego nie popatrzyła i nigdy nie okazała mu najmniejszego zainteresowania. Wtedy w serce Iruki wkradło się zniechęcenie. Myślał o tym, by zostać mnichem, i rzeczywiście tak uczynił. Czas mijał… Pewnego poranka wiosną Iruka poszedł po wodę do studni położonej nieopodal jego pustelni i po raz pierwszy i ostatni w życiu spotkał Czujo. Rzuciła mu się do stóp. – Iruka! – zawołała. – Wędrowałam całymi miesiącami, zanim cię odnalazłam, nareszcie cię widzę, wspaniały Iruko! Twoja miłość, o której świadczy tysiąc listów, w końcu poruszyła moje serce. Wypowiadając te słowa, dziewczyna odsłoniła twarz ukrytą do tej pory za cienką woalką z jedwabiu, a była tak piękna, że bladło przy niej światło dnia. – Należę do ciebie, Iruko, kocham cię dziś, jak ty kochałeś mnie dawniej. Iruka jej odpowiedział: – Już za późno, Czujo, zerwałem wszelkie więzy z miłością tego rodzaju. Jestem mnichem. I bez jednego spojrzenia odszedł. Zrozpaczona Czujo skoczyła do rzeki i utopiła się w niej. Dowiedziawszy się o tym, Iruka ułożył taki oto wiersz: Kwiat czereśnie pozostaje na gałęzi, umiera zanim nadejdzie lato.
Ta historia należy dziś do przeszłości. Wszystko, co się rodzi, umiera. Wszystko, co przybywa, odchodzi, i pozostaje tylko wieczny Atma.
~~~
No to na tyle, proszę zostawiajcie komentarz czasem. D: *ładnie prosi* Oglądalność jest dobra, ale komentarz bardzo proszę kochani! <3 Oyasumi :)
piątek, 5 października 2012
Baśnie i opowieści zen Kraju Kwitnącej Wiśni cz.II~
Konbanwa~ Dziś następna część Japońskich opowieści ZEN i Baśni.
Zapraszam do czytania :)
~~~~
Kłopotliwy duch.
Młody mąż stracił żonę w kwiecie wieku. Była to piękna kobieta, ale nieco kłótliwa i potwornie zazdrosna. Kiedy minął okres głębokiej żałoby, który trwał przez pół roku, młody człowiek poczuł, jak wraz z wiosną budzą się w nim nowe uczucia. Szukał żony i wkrótce zaręczył się z czarującą Yoyohi, której imię brzmiało śpiewnie niczym świergot sikorek, niczym szelest jedwabiu przy składaniu wachlarza. Krótko mówiąc, młody wdowiec był zakochany i czuł się o wiele bardziej szczęśliwy niż kiedykolwiek przedtem z poprzednią małżonką. I wtedy właśnie duch jego żony pojawił się po raz pierwszy. Pewnej nocy, kiedy mężczyzna spokojnie spał na swoim tatami, zbudził go powiew zimnego powietrza łaskoczący go w podeszwę stopy. Stała przed nim Kyrioka. Piękność, chociaż w zanikającej postaci, wydawała się kipieć z wściekłości i nie straciła nic ze swego zazdrosnego usposobienia. – Jak śmiesz – odezwała się do niego – zdradzać mnie z tą głupią małą, bez krzty wdzięku, która – dodała perfidnie – ma wyjątkowo paskudne znamię na lewej piersi. – Skąd o tym wiesz? – zapytał biedny mąż, który kompletnie osłupiał. – W Królestwie Zmarłych mamy dostęp do tajemnic i wiemy o wszystkich sprawach ukrytych dla oczu śmiertelników. I piękna zniknęła. Mąż, wciąż trzęsąc się ze strachu, tej nocy nie zmrużył już oka. Począwszy od tamtej chwili, życie Heiyoshi zmieniło się w piekło. Za dnia przechadzał się w towarzystwie czułej Yoyohi po ogrodach jej ojca. Zatrzymywali się przy wielkim basenie, podziwiając promienny wdzięk kwiatów lotosu. Heiyoshiemu nie nudziło się kontemplowanie doskonałego kształtu szyi swojej narzeczonej, jej czarnego jak węgiel koka ani policzków aksamitnych niczym kwiaty śliwy; jednocześnie gawędził z nią czule i wymieniał nieśmiałe uśmiechy. Nocą przychodził go dręczyć duch Kyrioki. Siadając u stóp jego maty, zmarła małżonka szydziła ze wszystkich jego spraw i gestów minionego dnia, parodiowała czułe rozmowy. Przypominała mu o ich dawnej miłości i powtarzała: – Wiem o tobie wszystko i to cię zniewala. Twoje życie należy do mnie, do mnie jedynej! Nieszczęśnik, będąc u kresu sił i bliski utraty rozumu, zwierzył się przyjacielowi, który podsunął mu, by zasięgnął rady u słynnego mistrza zen, wiodącego pustelniczy żywot w starożytnej świątyni w Kenninji. Podróż była długa i trudna. W końcu Heiyoshi stanął u stóp mistrza i opowiedział mu o swym nieszczęściu. – Twoja żona stała się duchem i wie o tobie wszystko. – Tak, Mistrzu, rozumiesz, mieszkając w krainie zmarłych, ma dostęp do tajemnic, które są dla nas niepojęte, zna przeszłość i przyszłość i grzebie do woli w moich najdrobniejszych myślach. – Rozumiem – rzekł mistrz, oskrobując sobie wielki palec u nogi bambusowym kijkiem, gdyż padało i trochę błota zabrudziło jego bose stopy w sandałach. – Rozumiem… – Co powinienem zrobić, Mistrzu? – Jesteś młody, Heiyoshi, masz serce świeże i czułe. Łatwo jej tobą zawładnąć. Ale ja ci pomogę. Młody wdowiec rozpłynął się w podziękowaniach i oświadczył: – Będę słuchał twych rad, zastosuję się do nich w każdym szczególe, wskaż mi tylko drogę. – Kiedy duch twej małżonki pojawi się, pokornie wyznaj swą niewiedzę, wychwalaj jej zdumiewającą świadomość, słowem, schlebiaj jej i zaproponuj taki oto układ: „Jeżeli odpowiesz na jeszcze jedno pytanie, będę ostatecznie przekonany o twej nadprzyrodzonej mocy, zrezygnuję z Yoyohi, która jest tylko zwykłym śmiertelnikiem, i na wieki pozostanę twym wiernym mężem”. – Niestety! – wykrzyknął Heiyoshi. – To ona będzie górą, jestem tego pewien! Jeżeli czegoś nie wie, to to zgaduje, nic z tego, co robię lub myślę nie jest jej nieznane… – Posłuchaj mej rady – rzekł dosyć ostro mistrz – a jeżeli nie chcesz, to odejdź! Heiyoshi, zakłopotany, wystraszony, przystał na to: – Będę ci posłuszny, Mistrzu. – Zaczerpnij prawą dłonią pełną garść ziaren soi i zapytaj, ile ich jest. – Czy to wszystko? – zdziwił się Heiyoshi. Mistrz zen nie odpowiedział. Przyjął pozycję za zen! i oddał się medytacji. Heiyoshi wrócił do siebie. Jeszcze tej samej nocy duch małżonki znów się pojawił. – Pojechałeś do mistrza zen – szydziła. – Myślałeś, że o tym nie wiem i wydawało ci się, że zdołasz mi się wymknąć? Heiyoshi zanurzył wtedy swoją prawą dłoń w stercie soi, nabrał pełną garść i wyciągnął zamkniętąpięść przed siebie: – Ile tu jest ziaren? – zapytał. Duch Kyrioki rozpłynął się w powietrzu i już nigdy więcej się nie pojawił.
Wystarczy naprawdę niewiele, odrobina zdrowego rozsądku, jasne pytanie, śmiech, aby zbić z tropu fałszywych guru, którzy manipulują prostymi duszami, wrażliwymi lub nadwątlonymi umysłami, otaczając się cieniem i tajemnicą. Kilka ziaren soi i duchy się ulatniają…
~~~~
Gobuki i smok.
Wszystkie kraje, wszystkie kultury opowiadają, każda na swój sposób, tę samą historię o bohaterze i smoku. To mityczna walka Dobra ze Złem, młodość i odwaga pokonujące straszliwe monstrum, Sprawiedliwość zwyciężająca Potwora. Teraz z kolei zen podejmuje ten wiekowy temat. Ujmuje go jednak inaczej. Pewnego razu był sobie młodzieniec biedny, lecz dobrze zbudowany, który słynął z brawury. W tamtych czasach żyło w górach coś w rodzaju smoka, potwór, który zatrzymywał na drodze zdjętych trwogą podróżnych. Wieczorami wieśniacy opowiadali o jego przerażających postępkach. Nikt nie wiedział, jak potwór wygląda, jako że nikt nie wrócił z gór żywy. Gobuki oświadczył, że pójdzie na spotkanie z bestią. Usiłowano mu to wyperswadować, dziewczyna, która go kochała, płakała, zarzucając mu ręce na szyję, jednak nic nie osłabiło jego determinacji ani odwagi. Najbardziej roztropni wieśniacy dostarczyli mu broń: kij i widły. Władca tej krainy dorzucił włócznię i miecz, a pewien żołnierz – ciężką pikę. Tak wyekwipowany Gobuki ruszył sam w góry. Szedł przez trzy dni, w końcu rankiem czwartego dnia zjawił się sam przed wejściem do pieczary, w której żył potwór. Ten wkrótce wyszedł, złorzecząc i ziejąc ogniem. Wyglądał straszliwie. Ale Gobuki stał przed nim śmiało i nie cofnął się ani o krok. Trwali tak przez kilka chwil, przyglądając się sobie. Czas jakby uległ zawieszeniu, w oczekiwaniu na tragedię. W końcu potwór zawołał: – Dlaczego nie uciekasz jak inni? – Nie boję się ciebie – odparł Gobuki. – Zaraz cię pożrę! – ryknęło monstrum. – Jak chcesz; zobacz, składam tu na ziemi broń: kij, widły, włócznię, miecz i ciężką pikę żołnierza. Wiem, że mnie nie tkniesz. – Ale właściwie dlaczego się mnie nie przeraziłeś? – zapytał zdumiony potwór. – Ja jestem Atma, jestem Rzeczywistością Uniwersalną, jestem tym. Jeśli mnie pożresz, to znaczy, że jesteś szalony, gdyż pożresz samego siebie. Stanowimy jedno. Ale proszę bardzo, jeśli zechcesz to zrobić, jestem do twojej dyspozycji. Oszołomiony potwór zagrzmiał: – Nie rozumiem nic z tego, co mówisz, ale z tobą wszystko staje się zbyt skomplikowane. Inni uciekają, krzycząc ze strachu, ja ich ścigam, zabijam, pożeram. Wszystko jest proste. A tutaj nie wiem już nawet, co miałbym robić. Dlatego wolę się powstrzymać, myślę, że mój żołądek nie wytrzymałby kogoś takiego jak ty. Proszę cię, zabierz broń i odejdź stąd! I wycofał się, odrażający i strapiony, z powrotem do swej pieczary.
~~~
to tyle jutro będą następne dwie, miłego czytania i oyasumi <3
Zapraszam do czytania :)
~~~~
Kłopotliwy duch.
Młody mąż stracił żonę w kwiecie wieku. Była to piękna kobieta, ale nieco kłótliwa i potwornie zazdrosna. Kiedy minął okres głębokiej żałoby, który trwał przez pół roku, młody człowiek poczuł, jak wraz z wiosną budzą się w nim nowe uczucia. Szukał żony i wkrótce zaręczył się z czarującą Yoyohi, której imię brzmiało śpiewnie niczym świergot sikorek, niczym szelest jedwabiu przy składaniu wachlarza. Krótko mówiąc, młody wdowiec był zakochany i czuł się o wiele bardziej szczęśliwy niż kiedykolwiek przedtem z poprzednią małżonką. I wtedy właśnie duch jego żony pojawił się po raz pierwszy. Pewnej nocy, kiedy mężczyzna spokojnie spał na swoim tatami, zbudził go powiew zimnego powietrza łaskoczący go w podeszwę stopy. Stała przed nim Kyrioka. Piękność, chociaż w zanikającej postaci, wydawała się kipieć z wściekłości i nie straciła nic ze swego zazdrosnego usposobienia. – Jak śmiesz – odezwała się do niego – zdradzać mnie z tą głupią małą, bez krzty wdzięku, która – dodała perfidnie – ma wyjątkowo paskudne znamię na lewej piersi. – Skąd o tym wiesz? – zapytał biedny mąż, który kompletnie osłupiał. – W Królestwie Zmarłych mamy dostęp do tajemnic i wiemy o wszystkich sprawach ukrytych dla oczu śmiertelników. I piękna zniknęła. Mąż, wciąż trzęsąc się ze strachu, tej nocy nie zmrużył już oka. Począwszy od tamtej chwili, życie Heiyoshi zmieniło się w piekło. Za dnia przechadzał się w towarzystwie czułej Yoyohi po ogrodach jej ojca. Zatrzymywali się przy wielkim basenie, podziwiając promienny wdzięk kwiatów lotosu. Heiyoshiemu nie nudziło się kontemplowanie doskonałego kształtu szyi swojej narzeczonej, jej czarnego jak węgiel koka ani policzków aksamitnych niczym kwiaty śliwy; jednocześnie gawędził z nią czule i wymieniał nieśmiałe uśmiechy. Nocą przychodził go dręczyć duch Kyrioki. Siadając u stóp jego maty, zmarła małżonka szydziła ze wszystkich jego spraw i gestów minionego dnia, parodiowała czułe rozmowy. Przypominała mu o ich dawnej miłości i powtarzała: – Wiem o tobie wszystko i to cię zniewala. Twoje życie należy do mnie, do mnie jedynej! Nieszczęśnik, będąc u kresu sił i bliski utraty rozumu, zwierzył się przyjacielowi, który podsunął mu, by zasięgnął rady u słynnego mistrza zen, wiodącego pustelniczy żywot w starożytnej świątyni w Kenninji. Podróż była długa i trudna. W końcu Heiyoshi stanął u stóp mistrza i opowiedział mu o swym nieszczęściu. – Twoja żona stała się duchem i wie o tobie wszystko. – Tak, Mistrzu, rozumiesz, mieszkając w krainie zmarłych, ma dostęp do tajemnic, które są dla nas niepojęte, zna przeszłość i przyszłość i grzebie do woli w moich najdrobniejszych myślach. – Rozumiem – rzekł mistrz, oskrobując sobie wielki palec u nogi bambusowym kijkiem, gdyż padało i trochę błota zabrudziło jego bose stopy w sandałach. – Rozumiem… – Co powinienem zrobić, Mistrzu? – Jesteś młody, Heiyoshi, masz serce świeże i czułe. Łatwo jej tobą zawładnąć. Ale ja ci pomogę. Młody wdowiec rozpłynął się w podziękowaniach i oświadczył: – Będę słuchał twych rad, zastosuję się do nich w każdym szczególe, wskaż mi tylko drogę. – Kiedy duch twej małżonki pojawi się, pokornie wyznaj swą niewiedzę, wychwalaj jej zdumiewającą świadomość, słowem, schlebiaj jej i zaproponuj taki oto układ: „Jeżeli odpowiesz na jeszcze jedno pytanie, będę ostatecznie przekonany o twej nadprzyrodzonej mocy, zrezygnuję z Yoyohi, która jest tylko zwykłym śmiertelnikiem, i na wieki pozostanę twym wiernym mężem”. – Niestety! – wykrzyknął Heiyoshi. – To ona będzie górą, jestem tego pewien! Jeżeli czegoś nie wie, to to zgaduje, nic z tego, co robię lub myślę nie jest jej nieznane… – Posłuchaj mej rady – rzekł dosyć ostro mistrz – a jeżeli nie chcesz, to odejdź! Heiyoshi, zakłopotany, wystraszony, przystał na to: – Będę ci posłuszny, Mistrzu. – Zaczerpnij prawą dłonią pełną garść ziaren soi i zapytaj, ile ich jest. – Czy to wszystko? – zdziwił się Heiyoshi. Mistrz zen nie odpowiedział. Przyjął pozycję za zen! i oddał się medytacji. Heiyoshi wrócił do siebie. Jeszcze tej samej nocy duch małżonki znów się pojawił. – Pojechałeś do mistrza zen – szydziła. – Myślałeś, że o tym nie wiem i wydawało ci się, że zdołasz mi się wymknąć? Heiyoshi zanurzył wtedy swoją prawą dłoń w stercie soi, nabrał pełną garść i wyciągnął zamkniętąpięść przed siebie: – Ile tu jest ziaren? – zapytał. Duch Kyrioki rozpłynął się w powietrzu i już nigdy więcej się nie pojawił.
Wystarczy naprawdę niewiele, odrobina zdrowego rozsądku, jasne pytanie, śmiech, aby zbić z tropu fałszywych guru, którzy manipulują prostymi duszami, wrażliwymi lub nadwątlonymi umysłami, otaczając się cieniem i tajemnicą. Kilka ziaren soi i duchy się ulatniają…
~~~~
Gobuki i smok.
Wszystkie kraje, wszystkie kultury opowiadają, każda na swój sposób, tę samą historię o bohaterze i smoku. To mityczna walka Dobra ze Złem, młodość i odwaga pokonujące straszliwe monstrum, Sprawiedliwość zwyciężająca Potwora. Teraz z kolei zen podejmuje ten wiekowy temat. Ujmuje go jednak inaczej. Pewnego razu był sobie młodzieniec biedny, lecz dobrze zbudowany, który słynął z brawury. W tamtych czasach żyło w górach coś w rodzaju smoka, potwór, który zatrzymywał na drodze zdjętych trwogą podróżnych. Wieczorami wieśniacy opowiadali o jego przerażających postępkach. Nikt nie wiedział, jak potwór wygląda, jako że nikt nie wrócił z gór żywy. Gobuki oświadczył, że pójdzie na spotkanie z bestią. Usiłowano mu to wyperswadować, dziewczyna, która go kochała, płakała, zarzucając mu ręce na szyję, jednak nic nie osłabiło jego determinacji ani odwagi. Najbardziej roztropni wieśniacy dostarczyli mu broń: kij i widły. Władca tej krainy dorzucił włócznię i miecz, a pewien żołnierz – ciężką pikę. Tak wyekwipowany Gobuki ruszył sam w góry. Szedł przez trzy dni, w końcu rankiem czwartego dnia zjawił się sam przed wejściem do pieczary, w której żył potwór. Ten wkrótce wyszedł, złorzecząc i ziejąc ogniem. Wyglądał straszliwie. Ale Gobuki stał przed nim śmiało i nie cofnął się ani o krok. Trwali tak przez kilka chwil, przyglądając się sobie. Czas jakby uległ zawieszeniu, w oczekiwaniu na tragedię. W końcu potwór zawołał: – Dlaczego nie uciekasz jak inni? – Nie boję się ciebie – odparł Gobuki. – Zaraz cię pożrę! – ryknęło monstrum. – Jak chcesz; zobacz, składam tu na ziemi broń: kij, widły, włócznię, miecz i ciężką pikę żołnierza. Wiem, że mnie nie tkniesz. – Ale właściwie dlaczego się mnie nie przeraziłeś? – zapytał zdumiony potwór. – Ja jestem Atma, jestem Rzeczywistością Uniwersalną, jestem tym. Jeśli mnie pożresz, to znaczy, że jesteś szalony, gdyż pożresz samego siebie. Stanowimy jedno. Ale proszę bardzo, jeśli zechcesz to zrobić, jestem do twojej dyspozycji. Oszołomiony potwór zagrzmiał: – Nie rozumiem nic z tego, co mówisz, ale z tobą wszystko staje się zbyt skomplikowane. Inni uciekają, krzycząc ze strachu, ja ich ścigam, zabijam, pożeram. Wszystko jest proste. A tutaj nie wiem już nawet, co miałbym robić. Dlatego wolę się powstrzymać, myślę, że mój żołądek nie wytrzymałby kogoś takiego jak ty. Proszę cię, zabierz broń i odejdź stąd! I wycofał się, odrażający i strapiony, z powrotem do swej pieczary.
~~~
to tyle jutro będą następne dwie, miłego czytania i oyasumi <3
czwartek, 4 października 2012
Baśnie i opowieści zen cz.I~
Konnichiwa. Jak tam wam minął czwartek? Mi przyjemnie i szybko! Jutro tylko piątek ale i najgorsze lekcje, damy radę! ;) Nie będę przedłużać. Dziś tak jak obiecałam Baśnie i Opowieści Zen Kraju Kwitnącej Wiśni. Zapraszam do czytania :)
~~~~
Kaczki mandarynki i samuraj.
Upłynęło dużo czasu, odkąd na brzegach jeziora Mimidoro, które dziś nosi nazwę Mizorio, na północy wschód od Kioto, wiodła spokojny żywot para kaczek mandarynek. Trzeba było widzieć, w najpiękniejszej porze letniej, jak samiec, zdobny w pomarańczowe piórka, ciemnoczerwony dziób i wspaniałe fryzowane skrzydła, skakał po wodzie, a potem zrywała się do lotu. Pani i dzieci, odziane w skromną szarość, nawet to najstarsze, wciąż jeszcze z młodzieńczym upierzeniem, nie spuszczały z niego oczu. Wieczorem, gdy najedzone kaczątka smacznie już spały, Pan, czule trącając dziobem biały, wdzięczny policzek małżonki, życzył jej dobrej nocy i cała rodzina ukryta w dziupli, która służyła jej za mieszkanie, odpływała do krainy snów. Następnego roku, z początkiem wiosny, młody samuraj postawił nad brzegiem stawu chatę. Jego żona spodziewała się pierwszego dziecka. Byli ubodzy. Samuraj musiał zakupić cały ekwipunek: bufiaste spodnie, nagolennice, metalowe ochraniacze przedramion oraz czteroczęściowy gorset. Żona wyszykowała mu „otok powziętej decyzji”, matka długi czas oszczędzała, aby ofiarować mu dwa tradycyjne miecze, długi i krótki. Jednak nie miał jeszcze przerażającej maski przeznaczonej do strwożenia wroga. Oczekiwał na to, by jakiś szlachetny pan przyjął go na służbę. Tej nocy żona obudziła go i powiedziała: – Mój najmilszy mężu, wiem, że jesteśmy biedni i nie chciałabym ci się naprzykrzać, ale od pewnego czasu czuję nieodpartą potrzebę zjedzenia mięsa i obawiam się, aby twój syn nie ucierpiał z tego powodu. Młody samuraj nie odrzekł ani słowa. Wziął luk i wyszedł w noc. Zajął stanowisko na brzegi jeziora, czatując na ofiarę. Akurat wybrał się na nocną przechadzkę samiec kaczki mandarynki. U zarania wiosny gniazdo jest jeszcze puste, i kaczor rozmyślał o ciężkiej pracy, jaka czekała go latem, kiedy będzie musiał wyżywić wszystkich domowników. Samuraj spostrzegł jego kędzierzawe skrzydła lśniące w blasku księżyca. Wypuścił strzałę i zabił kaczora. Zaniósł go w torbie do domu i przymocował do żerdzi przed chatą. Potem wrócił na posłanie i usnął. Ze snu wyrwał go niezwykły hałas. „Pac, pac – jakby uderzenie skrzydeł. „Kaczor jest tylko ranny, pomyślał, i tłucze się na końcu żerdzi, do której go przywiązałem”. Wziął nóż i wyszedł. Kaczor, powieszony za łapy, był martwy. Przybyła jednak jego samica i biła nad nim skrzydłami. Samuraj błysnął ostrzem noża i zamachnął się. Kaczka mandarynka znieruchomiała, nie ruszała się z miejsca. Wobec tego samuraj rozniecił ogień, by upiec ich oboje, samca i samiczkę. Kaczka dalej biła skrzydłami, opłakując zmarłego męża. Samuraja ogarnęło wtedy nieznane uczucie. Wszedł do chaty, obudził żonę i pokazał jej ten spektakl miłości małżeńskiej, a ona się popłakała. – Nie zjem tego mięsa za żadne skarby świata – rzekła.
Dawne kroniki mówią, że samuraj obciął swój kok wojownika i został mnichem. Wiódł przykładny żywot, stając w obronie zwierząt, troszcząc się o najmniejszego owada, i od tamtego czasu jego imię znajduje się w poważaniu. Tak zostało powiedziane o sprawach przeszłości.
~
Magiczne zwierciadło
Iriku bardzo kochał swojego ojca. Dzisiaj starzec dołączył iuż do grona przodków. Wyplatając bambusowe kosze, lriku często myślał: „Gdyby moja żona nie żywiła tyle niechęci do mego szanownego ojca, byłby bardziej szczęśliwy na stare lata. Nie wahałbym się wtedy okazywać mu przywiązania i synowskiego szacunku. Rozmawialibyśmy długo przyjemnie. Opowiadałby mi o dawnych ludziach i rzeczach…”. I ogarniała go melancholia. Pewnego targowego dnia koszykarz Iriku sprzedał partię koszy szybciej niż zwykle. Kiedy przechadzał się bezczynnie pomiędzy straganami, dostrzegł chińskiego kupca, który często oferował dziwaczne przedmioty. – Podejdź bliżej, lriku – rzekł handlarz. – Mam tu coś nadzwyczajnego. I z tajemniczym wyrazem twarzy wydobył z kufra płaski, okrągły przedmiot przykryty kawałkiem jedwabiu. Dał go lriku do rąk i ostrożnie ściągnął tkaninę. lriku pochylił się nad gładką, błyszczącą po wierzchnią. I rozpoznał wewnątrz wizerunek swojego ojca z czasów młodości. W strząśnięty, wykrzyknął: – Ten przedmiot jest magiczny! Tak – odparł kupiec – nazywają go zwierciadłem i ma on wielką wartość! Ale lriku już się zapalił: – Daję ci wszystko, co mam’- powiedział. – Chcę mieć to „magiczne zwierciadło” i pragnę zabrać do domu wizerunek mego ukochanego ojca. Gadali długo, aż w końcu Iriku zostawił handlarzowi cały urobek dnia. Kiedy tylko wrócił do siebie, poszedł na strych i ukrył wizerunek ojca w kufrze. W ciągu następnych dni wymykał się na strych, wyciągał „magiczne zwierciadło” z kufra; spędzał długie chwile, kontemplując wielbiony obraz, i był szczęśliwy. Zona wkrótce zauważyła jego dziwne zachowanie. Któregoś popołudnia, kiedy przerwał w połowie wyplatanie kosza, poszła za nim. Zobaczyła, że wszedł na strych, grzebał w kufrze, wyciągnął stamtąd nieznany przedmiot i długo mu się przyglądał z tajemniczym wyrazem przyjemności na twarzy. Następnie okrył przedmiot kawałkiem tkaniny i schował go pieczołowicie, z miłością. Zaintrygowana, poczekała, aż odejdzie i teraz ona z kolei otworzyła kufer, odnalazła przedmiot, ściągnęła jedwabną tkaninę, popatrzyła i ujrzała: „Kobieta!”. Wściekła, zeszła ze strychu i zwymyślała męża: – A więc to tak! Zdradzasz mnie, oglądając po dziesięć razy dziennie kobietę na strychu! – Ależ skąd! – odparł Iriku. – Nie chciałem ci o tym mówić, bo nie miałaś za grosz poważania dla mego ojca, ale to jego wizerunek przychodzę oglądać i to koi ból mojego serca. – Ty nędzny kłamco! – wrzeszczała żona. – Co widziałam, to widziałam. Na strychu ukryłeś kobietę! – Ależ zapewniam cię… Kłótnia stawała się coraz bardziej ostra, piekielna, kiedy nagle w drzwiach stanęła mniszka żebraczka. Małżonkowie wezwali ją, by rozsądziła spór. Mniszka wdrapała się na strych, wróciła i rzekła: – W zwierciadle widać mniszkę!
~
To na tyle jutro będzie część druga. Postanowiłam zrobić cykl tych basni i opowiadań. ;)
Ostatnio na moją playlistę wkroczyły f(x) od zawsze były jedynym koreańskim girlsbandem który lubiłam ale jakoś słuchałam ich mniej a teraz...codziennie~ Huh, do jutra<3
~~~~
Kaczki mandarynki i samuraj.
Upłynęło dużo czasu, odkąd na brzegach jeziora Mimidoro, które dziś nosi nazwę Mizorio, na północy wschód od Kioto, wiodła spokojny żywot para kaczek mandarynek. Trzeba było widzieć, w najpiękniejszej porze letniej, jak samiec, zdobny w pomarańczowe piórka, ciemnoczerwony dziób i wspaniałe fryzowane skrzydła, skakał po wodzie, a potem zrywała się do lotu. Pani i dzieci, odziane w skromną szarość, nawet to najstarsze, wciąż jeszcze z młodzieńczym upierzeniem, nie spuszczały z niego oczu. Wieczorem, gdy najedzone kaczątka smacznie już spały, Pan, czule trącając dziobem biały, wdzięczny policzek małżonki, życzył jej dobrej nocy i cała rodzina ukryta w dziupli, która służyła jej za mieszkanie, odpływała do krainy snów. Następnego roku, z początkiem wiosny, młody samuraj postawił nad brzegiem stawu chatę. Jego żona spodziewała się pierwszego dziecka. Byli ubodzy. Samuraj musiał zakupić cały ekwipunek: bufiaste spodnie, nagolennice, metalowe ochraniacze przedramion oraz czteroczęściowy gorset. Żona wyszykowała mu „otok powziętej decyzji”, matka długi czas oszczędzała, aby ofiarować mu dwa tradycyjne miecze, długi i krótki. Jednak nie miał jeszcze przerażającej maski przeznaczonej do strwożenia wroga. Oczekiwał na to, by jakiś szlachetny pan przyjął go na służbę. Tej nocy żona obudziła go i powiedziała: – Mój najmilszy mężu, wiem, że jesteśmy biedni i nie chciałabym ci się naprzykrzać, ale od pewnego czasu czuję nieodpartą potrzebę zjedzenia mięsa i obawiam się, aby twój syn nie ucierpiał z tego powodu. Młody samuraj nie odrzekł ani słowa. Wziął luk i wyszedł w noc. Zajął stanowisko na brzegi jeziora, czatując na ofiarę. Akurat wybrał się na nocną przechadzkę samiec kaczki mandarynki. U zarania wiosny gniazdo jest jeszcze puste, i kaczor rozmyślał o ciężkiej pracy, jaka czekała go latem, kiedy będzie musiał wyżywić wszystkich domowników. Samuraj spostrzegł jego kędzierzawe skrzydła lśniące w blasku księżyca. Wypuścił strzałę i zabił kaczora. Zaniósł go w torbie do domu i przymocował do żerdzi przed chatą. Potem wrócił na posłanie i usnął. Ze snu wyrwał go niezwykły hałas. „Pac, pac – jakby uderzenie skrzydeł. „Kaczor jest tylko ranny, pomyślał, i tłucze się na końcu żerdzi, do której go przywiązałem”. Wziął nóż i wyszedł. Kaczor, powieszony za łapy, był martwy. Przybyła jednak jego samica i biła nad nim skrzydłami. Samuraj błysnął ostrzem noża i zamachnął się. Kaczka mandarynka znieruchomiała, nie ruszała się z miejsca. Wobec tego samuraj rozniecił ogień, by upiec ich oboje, samca i samiczkę. Kaczka dalej biła skrzydłami, opłakując zmarłego męża. Samuraja ogarnęło wtedy nieznane uczucie. Wszedł do chaty, obudził żonę i pokazał jej ten spektakl miłości małżeńskiej, a ona się popłakała. – Nie zjem tego mięsa za żadne skarby świata – rzekła.
Dawne kroniki mówią, że samuraj obciął swój kok wojownika i został mnichem. Wiódł przykładny żywot, stając w obronie zwierząt, troszcząc się o najmniejszego owada, i od tamtego czasu jego imię znajduje się w poważaniu. Tak zostało powiedziane o sprawach przeszłości.
~
Magiczne zwierciadło
Iriku bardzo kochał swojego ojca. Dzisiaj starzec dołączył iuż do grona przodków. Wyplatając bambusowe kosze, lriku często myślał: „Gdyby moja żona nie żywiła tyle niechęci do mego szanownego ojca, byłby bardziej szczęśliwy na stare lata. Nie wahałbym się wtedy okazywać mu przywiązania i synowskiego szacunku. Rozmawialibyśmy długo przyjemnie. Opowiadałby mi o dawnych ludziach i rzeczach…”. I ogarniała go melancholia. Pewnego targowego dnia koszykarz Iriku sprzedał partię koszy szybciej niż zwykle. Kiedy przechadzał się bezczynnie pomiędzy straganami, dostrzegł chińskiego kupca, który często oferował dziwaczne przedmioty. – Podejdź bliżej, lriku – rzekł handlarz. – Mam tu coś nadzwyczajnego. I z tajemniczym wyrazem twarzy wydobył z kufra płaski, okrągły przedmiot przykryty kawałkiem jedwabiu. Dał go lriku do rąk i ostrożnie ściągnął tkaninę. lriku pochylił się nad gładką, błyszczącą po wierzchnią. I rozpoznał wewnątrz wizerunek swojego ojca z czasów młodości. W strząśnięty, wykrzyknął: – Ten przedmiot jest magiczny! Tak – odparł kupiec – nazywają go zwierciadłem i ma on wielką wartość! Ale lriku już się zapalił: – Daję ci wszystko, co mam’- powiedział. – Chcę mieć to „magiczne zwierciadło” i pragnę zabrać do domu wizerunek mego ukochanego ojca. Gadali długo, aż w końcu Iriku zostawił handlarzowi cały urobek dnia. Kiedy tylko wrócił do siebie, poszedł na strych i ukrył wizerunek ojca w kufrze. W ciągu następnych dni wymykał się na strych, wyciągał „magiczne zwierciadło” z kufra; spędzał długie chwile, kontemplując wielbiony obraz, i był szczęśliwy. Zona wkrótce zauważyła jego dziwne zachowanie. Któregoś popołudnia, kiedy przerwał w połowie wyplatanie kosza, poszła za nim. Zobaczyła, że wszedł na strych, grzebał w kufrze, wyciągnął stamtąd nieznany przedmiot i długo mu się przyglądał z tajemniczym wyrazem przyjemności na twarzy. Następnie okrył przedmiot kawałkiem tkaniny i schował go pieczołowicie, z miłością. Zaintrygowana, poczekała, aż odejdzie i teraz ona z kolei otworzyła kufer, odnalazła przedmiot, ściągnęła jedwabną tkaninę, popatrzyła i ujrzała: „Kobieta!”. Wściekła, zeszła ze strychu i zwymyślała męża: – A więc to tak! Zdradzasz mnie, oglądając po dziesięć razy dziennie kobietę na strychu! – Ależ skąd! – odparł Iriku. – Nie chciałem ci o tym mówić, bo nie miałaś za grosz poważania dla mego ojca, ale to jego wizerunek przychodzę oglądać i to koi ból mojego serca. – Ty nędzny kłamco! – wrzeszczała żona. – Co widziałam, to widziałam. Na strychu ukryłeś kobietę! – Ależ zapewniam cię… Kłótnia stawała się coraz bardziej ostra, piekielna, kiedy nagle w drzwiach stanęła mniszka żebraczka. Małżonkowie wezwali ją, by rozsądziła spór. Mniszka wdrapała się na strych, wróciła i rzekła: – W zwierciadle widać mniszkę!
~
To na tyle jutro będzie część druga. Postanowiłam zrobić cykl tych basni i opowiadań. ;)
Ostatnio na moją playlistę wkroczyły f(x) od zawsze były jedynym koreańskim girlsbandem który lubiłam ale jakoś słuchałam ich mniej a teraz...codziennie~ Huh, do jutra<3
środa, 3 października 2012
Wielki powrót. 5 najważniejszych zwyczajów z Kraju Kwitnącej Wiśni.~
Konbanwa Kochani~
Ostatnio mam brak czasu na wszystko i wszystkich. Zdecydowanie druga klasa liceum jest ciężka, nawet bardzo. ;_; może na początek 5 Japońskich zwyczajów, najbardziej charakterystycznych ^u^ (pewnie je znacie, ale może czytają mnie osoby które dopiero zaczynają się interesować Krajem Kwitnącej Wiśni):
1.Maniery przy stole:
- gdy siedzimy przy stole, po podaniu drinków poczekajmy aż wszyscy je dostaną. Gospodarz wzniesie toast i dopiero jak usłyszymy "Kampai", czyli "Na zdrowie" możemy się napić.
- mały ciepły ręcznik... dostaniemy go w większości restauracji przed posiłkiem. Służy do umycia rąk. Nie należy go używać jak serwetki, ani dotykać nim twarzy
- można mlaskać przy jedzeniu... znaczy, że nam smakuje
- jedząc ryż z miseczki przy pomocy patyczków, można podnieść miskę, żeby łatwiej było przenieść ryż z miseczki do ust
- tuż przed jedzeniem (jeden posiłek lub więcej, bez znaczenia) grzecznie jest powiedzieć "itadakimasu", czyli "otrzymam".
2. Gdy wchodzimy do czyjegoś domu to ściągamy buty, a gospodarz daje nam kapcie.(nawet w hotelach czasem tak jest) Nigdy nie wolno nam wejść w nich na matę tatami, nawet do łazienki jest czasem inne domowe obuwie.
3. Społeczeństwo japońskie koncentruje się na grupie, a społeczeństwa zachodnie koncentrują się na jednostce. Według Japończyków nie należy przyciągać do siebie uwagi w miejscu publicznym, unikają wydmuchiwania nosa, jedzenia w drodze, czy rozmawiania przez komórkę w miejscach publicznych.
4. Publiczne łaźnie nadal są w Japonii popularne (nazywają się Sento). Innym typem są Onsen, czyli ciepłe źródła. Drobną różnicą jest to, że w Japonii do łaźni można wejść jeśli jest się już czystym i umytym. W łaźni możemy sobie poleżeć w ciepłej wodzie przez dodatkowe 10, 20, 30 minut. co podobno jest bardzo relaksujące.
5. Japończycy są obsesyjnie mili, zwracają się do siebie z wielkim szacunkiem kłaniając się sob


A jutro będa Baśnie i opowieści zen. :)
to na tyle jak narazie, oyasuminasai~ <3
Ostatnio mam brak czasu na wszystko i wszystkich. Zdecydowanie druga klasa liceum jest ciężka, nawet bardzo. ;_; może na początek 5 Japońskich zwyczajów, najbardziej charakterystycznych ^u^ (pewnie je znacie, ale może czytają mnie osoby które dopiero zaczynają się interesować Krajem Kwitnącej Wiśni):
1.Maniery przy stole:
- gdy siedzimy przy stole, po podaniu drinków poczekajmy aż wszyscy je dostaną. Gospodarz wzniesie toast i dopiero jak usłyszymy "Kampai", czyli "Na zdrowie" możemy się napić.
- mały ciepły ręcznik... dostaniemy go w większości restauracji przed posiłkiem. Służy do umycia rąk. Nie należy go używać jak serwetki, ani dotykać nim twarzy
- można mlaskać przy jedzeniu... znaczy, że nam smakuje
- jedząc ryż z miseczki przy pomocy patyczków, można podnieść miskę, żeby łatwiej było przenieść ryż z miseczki do ust
- tuż przed jedzeniem (jeden posiłek lub więcej, bez znaczenia) grzecznie jest powiedzieć "itadakimasu", czyli "otrzymam".
2. Gdy wchodzimy do czyjegoś domu to ściągamy buty, a gospodarz daje nam kapcie.(nawet w hotelach czasem tak jest) Nigdy nie wolno nam wejść w nich na matę tatami, nawet do łazienki jest czasem inne domowe obuwie.
3. Społeczeństwo japońskie koncentruje się na grupie, a społeczeństwa zachodnie koncentrują się na jednostce. Według Japończyków nie należy przyciągać do siebie uwagi w miejscu publicznym, unikają wydmuchiwania nosa, jedzenia w drodze, czy rozmawiania przez komórkę w miejscach publicznych.
4. Publiczne łaźnie nadal są w Japonii popularne (nazywają się Sento). Innym typem są Onsen, czyli ciepłe źródła. Drobną różnicą jest to, że w Japonii do łaźni można wejść jeśli jest się już czystym i umytym. W łaźni możemy sobie poleżeć w ciepłej wodzie przez dodatkowe 10, 20, 30 minut. co podobno jest bardzo relaksujące.
5. Japończycy są obsesyjnie mili, zwracają się do siebie z wielkim szacunkiem kłaniając się sob
A jutro będa Baśnie i opowieści zen. :)
to na tyle jak narazie, oyasuminasai~ <3
niedziela, 9 września 2012
Najdziwniejsze przysmaki Japończyków.
Witajcie. :) W dzisiejszym poście chciałabym coś napisać o najdziwniejszych Japońskich przysmakach. Nie od dziś wiadomo że Japończycy nie znają słowa "przesada" (przykład dziwne wynalazki XD), ale za to ich kocham.. że co chwilę mnie zaskakują. No to przedstawię wam moim zdaniem 5 najobrzydliwszych..
1. Cukierki z ośmiornicy.
Można je nabyć w dwóch smakach "Ikra Dorsza" bądź "Ostra Koreańaka Kapusta". Szczerze mówiąc..gdy wyobrażam sobie ten smak to musi smakować.. obrzydliwie.
2. Lemoniada o smaku curry.
3. Pepsi o różnych smakach.
Jogurtowa, Ogórkowa i Shiso.. do wyboru do koloru. Ale jestem na nie.. XD
4. Napój gazowany(!!) z węgorza.
5. Lody które smakują jak mięso.
Wołowina, Konina i Kurczak. Oto.. lody o smaku mięsa~! *fuj*
To na tyle na dziś, papa. :)
1. Cukierki z ośmiornicy.
Można je nabyć w dwóch smakach "Ikra Dorsza" bądź "Ostra Koreańaka Kapusta". Szczerze mówiąc..gdy wyobrażam sobie ten smak to musi smakować.. obrzydliwie.
2. Lemoniada o smaku curry.
No cóż.. pewnie nie smakuje za dobrze, ale jako dodatek do różnych potraw..chyba będzie pasować. Chociaż.. nie.. co ja piszę.
3. Pepsi o różnych smakach.
Jogurtowa, Ogórkowa i Shiso.. do wyboru do koloru. Ale jestem na nie.. XD
4. Napój gazowany(!!) z węgorza.
oh fuj.. węgorz nie jest za dobry.. ale żeby gazowane picie? o: Jestem na nie .__.
5. Lody które smakują jak mięso.
To na tyle na dziś, papa. :)
sobota, 25 sierpnia 2012
Shintō. Jak powstał świat według Shintoizmu.~
Ohayo Kochani~! Dawno nie pisałam ale nie miałam weny i skupiłam się na opowiadaniu yaoi które piszę na bloga o takiej tematyce. Dziś za to mam coś o religii zwanej w Polsce Shintoizmem. Jest to tradycyjna religia Japonii. Centralnym dla shintō pojęciem są bóstwa kami.
Cechy charakterystyczne tejże religii to:
~Jest to kult politeistyczny.
~Wiara nie posiada wspólnego kanonu, organizacji ani świętych ksiąg.
~Powstała na podstawie mitologii.
Jak powstał świat według Shintō?Według owej religii, a także mitologii japońskiej, świat (Wyspy Japońskie) powstał dzięki trójce bóstw bóstw: Amenominakanushi, Takamimusubi i Kamimusubi. Potem zrodziło się siedem par bóstw, a ostatnia z nich, Izanami i Izanagi, dała życie panteonowi japońskich bóstw. Zawiłe japońskie dzieje mitologiczne toczyły się aż do 11. dnia 2. miesiąca 660 roku p.n.e., kiedy to na świat zstąpił wnuk bogini Amaterasu, o imieniu Kamuyamatoiwarehiko, aby objąć na niej panowanie, przyjął przydomek Cesarza Jimmu. Według mitologii, obecnie panujący cesarz Akihito jest 125. potomkiem bóstw w prostej linii.
Religia podzieliła się na parę rodzajów:
~shintō domu cesarskiego - dawne ceremonie z udziałem cesarza, także jako kapłana kōshitsu-shintō lub kōshitsu-saishi
~shintō ludowe - wiara ludowa, obszar wierzeń w połączeniu z tradycją ludową minkan-shintō lub minkan-shinkō
~shintō sekciarskie - ruchy religijne, które pozostając w głównym nurcie, wytworzyły pewne odrębne praktyki kyōha-shintō
~shintō świątynne - tradycyjne praktyki religijne na terenie chramów jinja-shintō
zenrin-kyō
~nowe religie japońskie

Pomyślałam że zrobię kilka notek o mitach. :) Buziaki.~
Cechy charakterystyczne tejże religii to:
~Jest to kult politeistyczny.
~Wiara nie posiada wspólnego kanonu, organizacji ani świętych ksiąg.
~Powstała na podstawie mitologii.
Jak powstał świat według Shintō?Według owej religii, a także mitologii japońskiej, świat (Wyspy Japońskie) powstał dzięki trójce bóstw bóstw: Amenominakanushi, Takamimusubi i Kamimusubi. Potem zrodziło się siedem par bóstw, a ostatnia z nich, Izanami i Izanagi, dała życie panteonowi japońskich bóstw. Zawiłe japońskie dzieje mitologiczne toczyły się aż do 11. dnia 2. miesiąca 660 roku p.n.e., kiedy to na świat zstąpił wnuk bogini Amaterasu, o imieniu Kamuyamatoiwarehiko, aby objąć na niej panowanie, przyjął przydomek Cesarza Jimmu. Według mitologii, obecnie panujący cesarz Akihito jest 125. potomkiem bóstw w prostej linii.
Religia podzieliła się na parę rodzajów:
~shintō domu cesarskiego - dawne ceremonie z udziałem cesarza, także jako kapłana kōshitsu-shintō lub kōshitsu-saishi
~shintō ludowe - wiara ludowa, obszar wierzeń w połączeniu z tradycją ludową minkan-shintō lub minkan-shinkō
~shintō sekciarskie - ruchy religijne, które pozostając w głównym nurcie, wytworzyły pewne odrębne praktyki kyōha-shintō
~shintō świątynne - tradycyjne praktyki religijne na terenie chramów jinja-shintō
zenrin-kyō
~nowe religie japońskie
Pomyślałam że zrobię kilka notek o mitach. :) Buziaki.~
środa, 8 sierpnia 2012
Rozmyślania o samobójcach Yuu Andou.~
Moja Yuu(XD) napisała swoje rozważania na temat samobójców. Idealnie uwzględniła wszystko co o tym sądze i myślę że sądzi też większość z wam.. wiem że nie ta tematyka ale musiałam się z Wami tym podzielić kochani, to jest naprawdę naprawdę naprawdę dobre. O ile nie genialne.
Więc tak, zacznijmy od początku. Czym jest samobójstwo? Samobójstwo jest odebraniem sobie życia. Zakończeniem żywota własnymi rękoma. Określiłaś niedawno ludzi jako "najsilniejszych z najsłabszych", podobnie ja mogę określić samobójców . Najodważniejsi z tchórzliwych. Nie mogę się tu do końca zdecydować na jedno, tak więc może wyjaśnie to po kolei.
Czemu ci ludzie są w mojej opinii odważni? Łatwo jest się tego domyślić. Potrafią przełamać instynkt samozachowawczy, targnąć się na swoje życie mimo iż nie mają pojęcia co czeka ich po drugiej stronie. Jeśli wierzyć religii mogą trafić do jakiejś pośmiertnej bożej gehenny bądź , jak to jest w przypadku chrześcijaństwa do piekła, nieba, bądź czyścca . Gdziekolwiek nie skieruje ich religia, nie mają żadnej pewności czy po śmierci ... istnieje cokolwiek.Mogą zwyczajnie zgasnąć i nie odrodzić się już nigdy. Wiele osób np. po śmierci klinicznej opowiada o tym, że w chwili zgonu "wypływali" ze swojego ciała, opuszczali ziemską powłokę by móc egzystować jako byt wyższy ... inny.
Często też, jest mowa o tym, że na drugą stronę przeprowadzały ich duchy zmarłych,bliskich im osób. Załóżmy jednak, że nie jest to prawdą. W końcu żaden z nas nie powstał z martwych , tak, by móc o tym opowiedzieć innym. Nie mamy żadnej gwarancji na życie pośmiertne ... nie mamy o nim żadnego pojęcia, a mimo to samobójcy przełamują strach i robią ten jeden jedyny krok, krok w nicość... W nieznane. Dlatego są dla mnie odważni.
Szukając o tym informacji w internecie natrafiłam na ankietę : czy śmierć przez samobójstwo jest dla was oznaką :
odwagi wobec śmierci , czy tchórzostwa wobec życia.
Zajmijmy się więc teraz tchórzostwem. Nazwałam samobójców tak a nie inaczej, mając w tym konkretny powód. Samobójcy są tchórzami. Nie potrafią stawić czoła życiu, nie potrafią poszukać pomocy ... Nie potrafią się z tego wyrwać gdy już się w to zagłębią. Można tu rozmyślać oczywiście o chorobie psychicznej, jednak często jest tak , że sami wybierają śmierć jako najprostsze rozwiązanie, nawet jeśli da im się szansę, pomoc ... Czasem jest po prostu za późno jednak to wszystko nie zmienia faktu, że tchórzą w pewien sposób przed życiem. Wolą je poświęcić licząc na otrzymanie spokoju, niż zmobilizować siły do działania.
Tak więc samobójcy są dla mnie z jednej strony tchórzliwi, bo uciekają od życia, a z drugiej strony cholernie odważni bo poświęcają najcenniejszą rzecz jaką tylko mogli otrzymać, nie mając gwarancji że po tym czynie będą jeszcze w ogóle istnieli ... nieważne w jakiej formie. Gwarancji nie posiadają. I za to ich po części podziwiam.
Dalej... Przeglądając sieć trafiłam na coś bardzo ciekawego, a mianowicie na na austriackiego suicydologa i jego teorię na temat samobójców.
Mężczyzna nazwiskiem Ringel po przebadaniu 475 przypadków samobójstw usiłowanych, wypracował teorię według której przyszłego samobójcę można z łatwością rozpoznać. Stwierdził, że przeważająca część przyszłych samobójstw (ponad 80%) jest poprzedzona wystąpieniem szczególnych zachowań i sygnałów.
Ringel wyabstrachował trzy czynniki składające się na syndrom presuicydalny :
- zawężenie świadomości,
- zahamowanie agresji i jej ukierunkowanie na siebie,
- myśli i wyobrażenia samobójcze.
Pierwszy z czynników polega na tym, że człowiek chory nie dostrzega żadnych alternatywnych form rozwiązania problemu z którym się zmaga. Nawet z najgłębszej depresji da się wyjść jeśli widzi się choć nikłe świtełko w tunelu, samobójcy takowego światełka nie dostrzegają.
Zawężenie świadomości może objawiać się jednak na wielu płaszczyznach:
odcięciu się od kontaktów z innymi, usztywnieniu procesów poznawczych, poczuciu ciągłej beznadziei, zawężeniu świata wartości (to co kiedyś było ważne, przestaje się całkowicie liczyć dla człowieka).
Według Ringla, osoby znajdujące się w najbliższym otoczeniu przyszłego "zamachowca", o ile nie zauważą syndromu pierwszego, tak syndrom trzeci zauważyć już powinni. Mowa tu o fantazjach samobójczych, myślach etc. z którymi natychmiast trzeba udać się do psychoanalityka (pod warunkiem, że fantazje są prawdą, a nie zwyczajnym szantażem emocjonalnym). Dzięki szybkiej pomocy chory może mieć szansę na wyjście z tego destrukcyjnego stanu.
W dalszej części pozwolę sobie przytoczyć część artykułu na temat syndromu presuicydalnego.
~~
Opisując osobę z syndromem presuicydalnym (według E.Ringel’a) należy zwrócić uwagę na cechy, które występują w większości przypadków tj.:
-zawężenie sytuacyjne,
-zawężenie dynamiczne,
-zawężenie stosunków społecznych,
-zawężenie świata wartości,
-napięcie i agresja,
-fantazje samobójcze.
Zawężenie sytuacyjne.
Osoba, która znajduje się w sytuacji presuicydalnej nie widzi rozwiązania swojego trudnego położenia. Nie widzi innych, dopuszczalnych alternatyw rozwiązań. Nie jest w stanie przyjrzeć się swemu położeniu z metapoziomu. Nie jest w stanie nic zmienić. Przeżywa poczucie osamotnienia, osaczenia, bezradności. Takie zawężenie może nastąpić na skutek:
-uwarunkowania sytuacyjnego (np. nieuleczalna choroba)
-wyników własnego postępowania (np. Hitler w okrążonym Reichstagu)
-własnych wyobrażeń na temat potencjalnego zagrożenia (np. lęk przed nawrotem choroby nowotworowej)
Zawężenie dynamiczne.
Osoba w sytuacji presuicydalnej doświadcza działania sił, które pchają ją do samobójstwa. Jej nastrój, wyobrażenia, uczucia pogrążone są w pesymizmie (widzenie świata przez czarne okulary). Zawężone są możliwości fantazji człowieka i nadwerężone jego siły napędowe. Osoba ta przeżywa silny lęk. Boi się siebie, boi się życia, boi się innych, boi się działania. Zawężenie dynamiczne można porównać do sił pokonujących grawitację. Siły te pokonują instynkt samozachowawczy człowieka. Sama osoba w tej sytuacji nie jest w stanie tej siły przezwyciężyć.
Zawężenie stosunków międzyludzkich.
Osoba w sytuacji presuicudalnej izoluje się od starych przyjaciół, od znajomych (czasami śmierć starego człowieka spostrzegana jest po kilku dniach). Zmniejsza ilościowo kontakty z ludźmi. Stopniowo w jej najbliższym otoczeniu jest coraz mniej bliskich osób. W krańcowej sytuacji często „czepia się” jednej osoby jak ostatniej deski ratunku. Kontakty z ludźmi jeśli są, są zdewaluowane. Relacje są powierzchowne, nie dotyczą rzeczy ważnych, osobistych. Ograniczają się do zdawkowego pozdrowienia i rozmowy o nieistotnych sprawach. Osoba taka nie jest zdolna do kształtowania nowych, prawdziwych powiązań.
Zawężenie świata wartości.
Osoba w sytuacji presuicydalnej przeżywa brak poczucia wartości w niektórych dziedzinach życia. Brak jej zainteresowań, hobby. Brak jej ustalenia hierarchii ważności spraw, którymi się jeszcze zajmuje. Wartości przez nią wyznawane ulegają dewaluacji. Spłycają się. Nie jest w stanie bronić ich. Wpływa to znacząco na jej własny obraz siebie, na poczucie własnej wartości. Osoba w takiej sytuacji kieruje się często subiektywnymi ocenami. Są one różne od ogólnie przyjętych wartości w społeczeństwie. Przez to następuje jeszcze większa jej izolacja od społeczności w której żyje. Często osoba taka wchodzi w rolę niepełno wartościowego outsidera, dziwaka.
Napięcie.
Osoba w sytuacji presuicydalnej przeżywa bardzo silne napięcie, które często prowadzi do agresji. Jest ona kierowana początkowo na najbliższe osoby następnie na siebie. Zwrot agresji przeciwko sobie wiąże się z następującymi warunkami:
-w człowieku muszą powstać pokłady bardzo silnej agresji,
-odreagowanie jej na zewnątrz musi być uniemożliwione przez czynniki wewnętrzne (zahamowanie tej osoby) lub czynniki zewnętrzne (stosunki kulturowe, normy cywilizacyjne).
Fantazje samobójcze.
Osoba w sytuacji presuicydalnej zaczyna fantazjować na temat swojej śmierci. Myślenie to ma charakter przekształcający cel w rzeczywistość. Celem staje się samobójstwo. Początkowo niewinne myśli o samobójstwie, dające możliwość rozładowania napięcia w trudnej sytuacji, nabierają charakteru samodzielnych bytów. Stają się natrętnym, obezwładniającym myśleniem. Fantazje samobójcze przechodzą przez trzy etapy:
-pierwszy to wyobrażenia bycia martwym (fantazje nie dotyczą samej śmierci, ale bycia martwym, który czuje smak zemsty nad tymi, co go opłakują) na tym etapie śmierć jest zjawiskiem odwracalnym,
-drugi to wyobrażenia podniesienia na siebie ręki bez konkretnych planów samobójstwa,
-trzeci to faza najwyższego zagrożenia gdzie samobójstwo bywa bardzo szczegółowo zaplanowane.
Przejdźmy dalej. Jak już mówiłam starałam się rozpatrywać ten temat z różnych stron, a co za tym idzie wpisywałam w wyszukiwarkę doprawdy przeróżnie formowane hasła.
Jedna z opinii wydała mi się niezwykle intrygująca i sądzę że jest warta poświęcenia jej chwili uwagi.
Z punktu widzenia osoby wierzącej życie to dar od boga, na tyle wspaniały, że należy mu się przez całe jego trwanie odwdzięczać.
Wyobraź sobie, że jesteś właścicielką najlepszej fabryki zabawek, dajesz przypadkowej osobie jeden ze swoich najwspanialszych produktów, z mnóstwem przeróżnych możliwości, z którego jesteś niewiarygodnie dumna. Określasz jak ma się nim bawić, czujesz się na tyle hojna, miłosierna i wspaniałomyślna, że przecież możesz ustalić zasady, a ona musi się do nich dostosować. Mówisz, że jeżeli tylko będzie posłuszna, dostanie do zabawki wiele akcesoriów, a Ty pomożesz w odkryciu jej najlepszych możliwości. Nagle dowiadujesz się, że owa osoba zniszczyła zabawkę. Ten hojny, bezinteresowny podarunek od Ciebie.
Tak właśnie wygląda samobójstwo. ~ Venefico
Bóg jest podobno dobry. A więc nie wierzę, by mógł zsyłać samobójców do piekła. Zabijają się ludzie, którzy naprawdę bardzo, bardzo cierpią, często są w depresji, a to przecież choroba. On nie może karać za chorobę. Jeśli istnieje, i jeśli wierzyć w to, co napisano w Biblii - jest sprawiedliwy i tego nie robi.
Jeśli porównać życie do zabawki (jak zrobiła to osoba przede mną): wyobraź sobie, że to właśnie Ty ją otrzymałeś. Ale ktoś przychodzi i po prostu ją niszczy, obcina jej włosy, maluje twarz, wydłubuje oczy, odrywa ręce. Kochałeś ją, ale nie wytrzymujesz tego i w końcu zrezygnowany ją wyrzucasz. Tym jest samobójstwo. ~Ophélie
Jeśli tak na to spojrzeć, sądzę że bardziej zgadzam się z opinią tej drugiej osoby. Człowiek nie zrezygnowałby przecież z życia gdyby nie był do tego zmuszony, gdyby nie miał do tego konkretnych podstaw.
Toć najczęstszym powodem dla którego ludzie popadają w depresję jest otoczenie. Nie zawsze, jednak w większości przypadków. Czują się odrzuceni, nierozumiani, szykanowani ... Oczywistym jest, że w końcu nie wytrzymują, bezradnie egzystując w tym gównie w jakim się znaleźli. Niemo wołając o pomoc, która wbrew pozorom nie nadchodzi.
Bądź nadchodzi, ale dopiero wtedy, gdy jest już na nią za późno. Nie dostrzegamy jak ludzie wokół nas się zmieniają, nie dostrzegamy bądź też nie chcemy dostrzegać ich problemów. Czym w końcu jest smutny uśmiech, odwołane spotkanie czy choćby bezradność widoczna na twarzy człowieka, który się stacza. Świat pędzi, my pędzimy w pośpiechu zapominając o cesze, którą tak się szczycimy, o człowieczeństwie.
Innaczej sprawa wygląda oczywiście, jeśli siłą napędową depresji jest na przykład ciężka choroba, śmierć bliskiej osoby, kalectwo bądź niepowodzenie w życiu. Przyczyny mogą być różne... jednak każda z nich sprowadza się do ludzi. Do nas ... Być może w tym momencie obarczam społeczeństwo winą za śmierć kilku osób, jednak sądzę, że gdybyśmy wyciągali do takich ludzi rękę, gdybyśmy starali się ich zrozumieć, pomóc im ... Umm... To zmieniłoby postać rzeczy.
Wracając do mojej opinii na temat samobójstwa. Sądzę, że nigdy do końca nie zdecyduję się na jedno, trafne stanowisko. Samobójcy na zawsze pozostaną dla mnie "najodważniejszymi z tchórzliwych" i zawsze będę w jakiś chory sposób podziwiać ich za to, na co się decydują, nawet jeśli jest to tylko odruchem przeżartego depresją umysłu.
Co nie zmienia oczywiście faktu, że życie jest,było i będzie dla mnie wartością i bezczeszczenie go w taki sposób, w mojej głowie kryje się pod hasłami "barbarzyństwo/głupota". Życie jako najcenniejszy z darów, pownieniem być przez nas szanowany i pielęgnowany....
~~
Ach, ten chaos w mojej głowie. '3'
~ YUU
Więc tak, zacznijmy od początku. Czym jest samobójstwo? Samobójstwo jest odebraniem sobie życia. Zakończeniem żywota własnymi rękoma. Określiłaś niedawno ludzi jako "najsilniejszych z najsłabszych", podobnie ja mogę określić samobójców . Najodważniejsi z tchórzliwych. Nie mogę się tu do końca zdecydować na jedno, tak więc może wyjaśnie to po kolei.
Czemu ci ludzie są w mojej opinii odważni? Łatwo jest się tego domyślić. Potrafią przełamać instynkt samozachowawczy, targnąć się na swoje życie mimo iż nie mają pojęcia co czeka ich po drugiej stronie. Jeśli wierzyć religii mogą trafić do jakiejś pośmiertnej bożej gehenny bądź , jak to jest w przypadku chrześcijaństwa do piekła, nieba, bądź czyścca . Gdziekolwiek nie skieruje ich religia, nie mają żadnej pewności czy po śmierci ... istnieje cokolwiek.Mogą zwyczajnie zgasnąć i nie odrodzić się już nigdy. Wiele osób np. po śmierci klinicznej opowiada o tym, że w chwili zgonu "wypływali" ze swojego ciała, opuszczali ziemską powłokę by móc egzystować jako byt wyższy ... inny.
Często też, jest mowa o tym, że na drugą stronę przeprowadzały ich duchy zmarłych,bliskich im osób. Załóżmy jednak, że nie jest to prawdą. W końcu żaden z nas nie powstał z martwych , tak, by móc o tym opowiedzieć innym. Nie mamy żadnej gwarancji na życie pośmiertne ... nie mamy o nim żadnego pojęcia, a mimo to samobójcy przełamują strach i robią ten jeden jedyny krok, krok w nicość... W nieznane. Dlatego są dla mnie odważni.
Szukając o tym informacji w internecie natrafiłam na ankietę : czy śmierć przez samobójstwo jest dla was oznaką :
odwagi wobec śmierci , czy tchórzostwa wobec życia.
Zajmijmy się więc teraz tchórzostwem. Nazwałam samobójców tak a nie inaczej, mając w tym konkretny powód. Samobójcy są tchórzami. Nie potrafią stawić czoła życiu, nie potrafią poszukać pomocy ... Nie potrafią się z tego wyrwać gdy już się w to zagłębią. Można tu rozmyślać oczywiście o chorobie psychicznej, jednak często jest tak , że sami wybierają śmierć jako najprostsze rozwiązanie, nawet jeśli da im się szansę, pomoc ... Czasem jest po prostu za późno jednak to wszystko nie zmienia faktu, że tchórzą w pewien sposób przed życiem. Wolą je poświęcić licząc na otrzymanie spokoju, niż zmobilizować siły do działania.
Tak więc samobójcy są dla mnie z jednej strony tchórzliwi, bo uciekają od życia, a z drugiej strony cholernie odważni bo poświęcają najcenniejszą rzecz jaką tylko mogli otrzymać, nie mając gwarancji że po tym czynie będą jeszcze w ogóle istnieli ... nieważne w jakiej formie. Gwarancji nie posiadają. I za to ich po części podziwiam.
Dalej... Przeglądając sieć trafiłam na coś bardzo ciekawego, a mianowicie na na austriackiego suicydologa i jego teorię na temat samobójców.
Mężczyzna nazwiskiem Ringel po przebadaniu 475 przypadków samobójstw usiłowanych, wypracował teorię według której przyszłego samobójcę można z łatwością rozpoznać. Stwierdził, że przeważająca część przyszłych samobójstw (ponad 80%) jest poprzedzona wystąpieniem szczególnych zachowań i sygnałów.
Ringel wyabstrachował trzy czynniki składające się na syndrom presuicydalny :
- zawężenie świadomości,
- zahamowanie agresji i jej ukierunkowanie na siebie,
- myśli i wyobrażenia samobójcze.
Pierwszy z czynników polega na tym, że człowiek chory nie dostrzega żadnych alternatywnych form rozwiązania problemu z którym się zmaga. Nawet z najgłębszej depresji da się wyjść jeśli widzi się choć nikłe świtełko w tunelu, samobójcy takowego światełka nie dostrzegają.
Zawężenie świadomości może objawiać się jednak na wielu płaszczyznach:
odcięciu się od kontaktów z innymi, usztywnieniu procesów poznawczych, poczuciu ciągłej beznadziei, zawężeniu świata wartości (to co kiedyś było ważne, przestaje się całkowicie liczyć dla człowieka).
Według Ringla, osoby znajdujące się w najbliższym otoczeniu przyszłego "zamachowca", o ile nie zauważą syndromu pierwszego, tak syndrom trzeci zauważyć już powinni. Mowa tu o fantazjach samobójczych, myślach etc. z którymi natychmiast trzeba udać się do psychoanalityka (pod warunkiem, że fantazje są prawdą, a nie zwyczajnym szantażem emocjonalnym). Dzięki szybkiej pomocy chory może mieć szansę na wyjście z tego destrukcyjnego stanu.
W dalszej części pozwolę sobie przytoczyć część artykułu na temat syndromu presuicydalnego.
~~
Opisując osobę z syndromem presuicydalnym (według E.Ringel’a) należy zwrócić uwagę na cechy, które występują w większości przypadków tj.:
-zawężenie sytuacyjne,
-zawężenie dynamiczne,
-zawężenie stosunków społecznych,
-zawężenie świata wartości,
-napięcie i agresja,
-fantazje samobójcze.
Zawężenie sytuacyjne.
Osoba, która znajduje się w sytuacji presuicydalnej nie widzi rozwiązania swojego trudnego położenia. Nie widzi innych, dopuszczalnych alternatyw rozwiązań. Nie jest w stanie przyjrzeć się swemu położeniu z metapoziomu. Nie jest w stanie nic zmienić. Przeżywa poczucie osamotnienia, osaczenia, bezradności. Takie zawężenie może nastąpić na skutek:
-uwarunkowania sytuacyjnego (np. nieuleczalna choroba)
-wyników własnego postępowania (np. Hitler w okrążonym Reichstagu)
-własnych wyobrażeń na temat potencjalnego zagrożenia (np. lęk przed nawrotem choroby nowotworowej)
Zawężenie dynamiczne.
Osoba w sytuacji presuicydalnej doświadcza działania sił, które pchają ją do samobójstwa. Jej nastrój, wyobrażenia, uczucia pogrążone są w pesymizmie (widzenie świata przez czarne okulary). Zawężone są możliwości fantazji człowieka i nadwerężone jego siły napędowe. Osoba ta przeżywa silny lęk. Boi się siebie, boi się życia, boi się innych, boi się działania. Zawężenie dynamiczne można porównać do sił pokonujących grawitację. Siły te pokonują instynkt samozachowawczy człowieka. Sama osoba w tej sytuacji nie jest w stanie tej siły przezwyciężyć.
Zawężenie stosunków międzyludzkich.
Osoba w sytuacji presuicudalnej izoluje się od starych przyjaciół, od znajomych (czasami śmierć starego człowieka spostrzegana jest po kilku dniach). Zmniejsza ilościowo kontakty z ludźmi. Stopniowo w jej najbliższym otoczeniu jest coraz mniej bliskich osób. W krańcowej sytuacji często „czepia się” jednej osoby jak ostatniej deski ratunku. Kontakty z ludźmi jeśli są, są zdewaluowane. Relacje są powierzchowne, nie dotyczą rzeczy ważnych, osobistych. Ograniczają się do zdawkowego pozdrowienia i rozmowy o nieistotnych sprawach. Osoba taka nie jest zdolna do kształtowania nowych, prawdziwych powiązań.
Zawężenie świata wartości.
Osoba w sytuacji presuicydalnej przeżywa brak poczucia wartości w niektórych dziedzinach życia. Brak jej zainteresowań, hobby. Brak jej ustalenia hierarchii ważności spraw, którymi się jeszcze zajmuje. Wartości przez nią wyznawane ulegają dewaluacji. Spłycają się. Nie jest w stanie bronić ich. Wpływa to znacząco na jej własny obraz siebie, na poczucie własnej wartości. Osoba w takiej sytuacji kieruje się często subiektywnymi ocenami. Są one różne od ogólnie przyjętych wartości w społeczeństwie. Przez to następuje jeszcze większa jej izolacja od społeczności w której żyje. Często osoba taka wchodzi w rolę niepełno wartościowego outsidera, dziwaka.
Napięcie.
Osoba w sytuacji presuicydalnej przeżywa bardzo silne napięcie, które często prowadzi do agresji. Jest ona kierowana początkowo na najbliższe osoby następnie na siebie. Zwrot agresji przeciwko sobie wiąże się z następującymi warunkami:
-w człowieku muszą powstać pokłady bardzo silnej agresji,
-odreagowanie jej na zewnątrz musi być uniemożliwione przez czynniki wewnętrzne (zahamowanie tej osoby) lub czynniki zewnętrzne (stosunki kulturowe, normy cywilizacyjne).
Fantazje samobójcze.
Osoba w sytuacji presuicydalnej zaczyna fantazjować na temat swojej śmierci. Myślenie to ma charakter przekształcający cel w rzeczywistość. Celem staje się samobójstwo. Początkowo niewinne myśli o samobójstwie, dające możliwość rozładowania napięcia w trudnej sytuacji, nabierają charakteru samodzielnych bytów. Stają się natrętnym, obezwładniającym myśleniem. Fantazje samobójcze przechodzą przez trzy etapy:
-pierwszy to wyobrażenia bycia martwym (fantazje nie dotyczą samej śmierci, ale bycia martwym, który czuje smak zemsty nad tymi, co go opłakują) na tym etapie śmierć jest zjawiskiem odwracalnym,
-drugi to wyobrażenia podniesienia na siebie ręki bez konkretnych planów samobójstwa,
-trzeci to faza najwyższego zagrożenia gdzie samobójstwo bywa bardzo szczegółowo zaplanowane.
Przejdźmy dalej. Jak już mówiłam starałam się rozpatrywać ten temat z różnych stron, a co za tym idzie wpisywałam w wyszukiwarkę doprawdy przeróżnie formowane hasła.
Jedna z opinii wydała mi się niezwykle intrygująca i sądzę że jest warta poświęcenia jej chwili uwagi.
Z punktu widzenia osoby wierzącej życie to dar od boga, na tyle wspaniały, że należy mu się przez całe jego trwanie odwdzięczać.
Wyobraź sobie, że jesteś właścicielką najlepszej fabryki zabawek, dajesz przypadkowej osobie jeden ze swoich najwspanialszych produktów, z mnóstwem przeróżnych możliwości, z którego jesteś niewiarygodnie dumna. Określasz jak ma się nim bawić, czujesz się na tyle hojna, miłosierna i wspaniałomyślna, że przecież możesz ustalić zasady, a ona musi się do nich dostosować. Mówisz, że jeżeli tylko będzie posłuszna, dostanie do zabawki wiele akcesoriów, a Ty pomożesz w odkryciu jej najlepszych możliwości. Nagle dowiadujesz się, że owa osoba zniszczyła zabawkę. Ten hojny, bezinteresowny podarunek od Ciebie.
Tak właśnie wygląda samobójstwo. ~ Venefico
Bóg jest podobno dobry. A więc nie wierzę, by mógł zsyłać samobójców do piekła. Zabijają się ludzie, którzy naprawdę bardzo, bardzo cierpią, często są w depresji, a to przecież choroba. On nie może karać za chorobę. Jeśli istnieje, i jeśli wierzyć w to, co napisano w Biblii - jest sprawiedliwy i tego nie robi.
Jeśli porównać życie do zabawki (jak zrobiła to osoba przede mną): wyobraź sobie, że to właśnie Ty ją otrzymałeś. Ale ktoś przychodzi i po prostu ją niszczy, obcina jej włosy, maluje twarz, wydłubuje oczy, odrywa ręce. Kochałeś ją, ale nie wytrzymujesz tego i w końcu zrezygnowany ją wyrzucasz. Tym jest samobójstwo. ~Ophélie
Jeśli tak na to spojrzeć, sądzę że bardziej zgadzam się z opinią tej drugiej osoby. Człowiek nie zrezygnowałby przecież z życia gdyby nie był do tego zmuszony, gdyby nie miał do tego konkretnych podstaw.
Toć najczęstszym powodem dla którego ludzie popadają w depresję jest otoczenie. Nie zawsze, jednak w większości przypadków. Czują się odrzuceni, nierozumiani, szykanowani ... Oczywistym jest, że w końcu nie wytrzymują, bezradnie egzystując w tym gównie w jakim się znaleźli. Niemo wołając o pomoc, która wbrew pozorom nie nadchodzi.
Bądź nadchodzi, ale dopiero wtedy, gdy jest już na nią za późno. Nie dostrzegamy jak ludzie wokół nas się zmieniają, nie dostrzegamy bądź też nie chcemy dostrzegać ich problemów. Czym w końcu jest smutny uśmiech, odwołane spotkanie czy choćby bezradność widoczna na twarzy człowieka, który się stacza. Świat pędzi, my pędzimy w pośpiechu zapominając o cesze, którą tak się szczycimy, o człowieczeństwie.
Innaczej sprawa wygląda oczywiście, jeśli siłą napędową depresji jest na przykład ciężka choroba, śmierć bliskiej osoby, kalectwo bądź niepowodzenie w życiu. Przyczyny mogą być różne... jednak każda z nich sprowadza się do ludzi. Do nas ... Być może w tym momencie obarczam społeczeństwo winą za śmierć kilku osób, jednak sądzę, że gdybyśmy wyciągali do takich ludzi rękę, gdybyśmy starali się ich zrozumieć, pomóc im ... Umm... To zmieniłoby postać rzeczy.
Wracając do mojej opinii na temat samobójstwa. Sądzę, że nigdy do końca nie zdecyduję się na jedno, trafne stanowisko. Samobójcy na zawsze pozostaną dla mnie "najodważniejszymi z tchórzliwych" i zawsze będę w jakiś chory sposób podziwiać ich za to, na co się decydują, nawet jeśli jest to tylko odruchem przeżartego depresją umysłu.
Co nie zmienia oczywiście faktu, że życie jest,było i będzie dla mnie wartością i bezczeszczenie go w taki sposób, w mojej głowie kryje się pod hasłami "barbarzyństwo/głupota". Życie jako najcenniejszy z darów, pownieniem być przez nas szanowany i pielęgnowany....
~~
Ach, ten chaos w mojej głowie. '3'
~ YUU
niedziela, 5 sierpnia 2012
Odległa Gwiazda. END.
Witajcie. Skończyłam pisać ostatni rozdział naszego opowiadania. Wiem że strasznie zwlekałam.. ale opuściła mnie wena..naprawdę. Teraz napisałam z pomocą Yuukiś( to ona podsunęła mi pomysł jak to zakończyć XD) ..mam nadzieję że was nie zawiodłyśmy. Ale pierw chciałam podziękować..wszystkim którzy komentowali, czytali te nasze wypociny. Jesteście naprawdę wspaniali.. Nie spodziewałam się że to opowiadanie się tak przyjmie. Że nie będzie czytane.. nie spodziewałam się nawet komentarzy. DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM CZYTAJĄCYM I KOMENTUJĄCYM. Jesteście Kochani.
End.
Wszyscy zwróciliśmy głowę w strone drzwi w których pojawiła się moja matka.
- CZEMU TA SZMATA SIEDZI NA MOJEJ SOFIE?!-wydarła się kierując swój wzrok na Go Mi Nyu. Moja ukochana spojrzała na mnie przerażona. Złapałem ją za rękę. Mój ojciec razem z ojcem Mi Nyu spojrzeli po sobie zszokowani zachowaniem tej kobiety, która zawsze była osobą wyrachowaną i jakże spokojną..tak naprawdę to zawsze stwarzała pozory. Pan Go Shin Hyun spojrzał na przestraszoną Mi Nyu i wstanął kierując się w stronę wejścia do salonu gdzie stała moja matka.
- Ta "SZMATA" jak to pani uznała to moja córka. - uśmiechnął się do niej szyderczo. - I nie jest jakąś tam szmatą tylko panienką, panienką z najbogatszej rodziny w Korei Południowej z którą pani mąż prowadzi interesy. A pani syn ma zamiar wziąść ślub z tą panienką więc, proszę się zwracać do niej z godnością. - uśmiechnął się do mojej matki..A my siedzieliśmy zszokowani. Co to właściwie było? Już chyba wiem po kim Go Mi Nyu odziedziczyła ten swój charakterek.
- Eee..słucham? Czy to są jakieś żarty?!- spytała wyraźnie zszokowana całą sytuacją.
- Ależ nie Angeliko to co powiedział pan Go Shin Hyun to całkowita prawda. - tym razem odezwał się mój ojciec. Nie wiem jakie kolory może przybierac ludzka twarz ale twarz tej kobiety przybrała odcień prawie borodowy..Czy to ze wściekłości czy ze wstydu nie wiem..Ale spojrzała po wszystkich, zatrzymała się na Misaki i spojrzała na nią z wyrzutem.
- Wybacz mi matko..ty zniszczyłaś mi miłość, życie. Nie dam żebyś zrobiła to mojemu bratu. - odezwała się moja siostra. A matka dalej wodziła wzrokiem po wszystkich zebranych aż w końcu przez dłuższą chwilę zatrzymała się na nas, spojrzała na nasze splecione ręce i wyszła z domu trzaskając drzwiami. Go Mi Nyu się rozpłakała. Objąłem ją ramieniem.
- Zawsze stane w obronie mojej rodziny. - powiedział to pan Shin Hyun, ojciec mojej ukochanej. - Nawet jeśli ją utraciłem..-tu spojrzał na zapłakaną Mi Nyu. - będę jej chronił już do końca życia.
- Dziękuję wam. - odezwałem się. - Tato, panie Shin Hyun, Misaki..nie poradziłbym sobie z tą sytuacją bez was..A teraz poczekajcie chwilę. - zostawiłem ich wszystkich na chwilę i poszedłem po pierścionek.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Miesiąc później.
Przygotowania do mojego ślubu z Kaname idą pełną parą, dalej jestem w szoku. To co się wydarzyło, to historia rodem jak z jakiejś bajki. Jak przypominam sobie ten dzień, dzień w którym przeżywała tyle emocji od szoku, poprzez smutek aż do euforii. I te oświadczyny, były piękne.." Go Mi Nyu kocham Cię całym sercem, z dnia na dzień moja miłość do Ciebie wzrasta i wzrasta czy zostaniesz moją żoną?" No i która by się nie zgodziła? Matka Kaname wróciła po tygodniu od tego incydentu z moim ojcem. Nie odzywała się do żadnego z domowników..chodziła z wysoko podniesioną głową. Bałam się, naprawdę się bałam tej sytuacji.. Ale udawała jakby mnie nie było. Aż w końcu po dwóch tygodniach się wyprowadziła..Nie z tąd ni zowąd po prostu się wyprowadziła. Powiedziała na odchodnym że nie będzie żyła w domu gdzie zwykłe szmaty(tutaj chodziło o mnie) robią się nagle panienkami, a jej rodzina to akceptuje. Atmosfera w domu jakby zrobiła się lżejsza, Makino dalej pracuje jako pokojówka nie chciała rezygnować, nasz kochany kucharz Kaoru również.. a Misaki odzyskała swoją młodzieńczą miłość..i mamy dobre stosunki. Dziwnie się czuję że niedługo ja będę panią tego domu.. a Kaname odziedziczy firmę ojca. Jesteśmy jeszcze tacy młodzi..
- Mi Nyu?- Kaname mnie lekko szturchnął w ramię. Dopiero teraz ocknęłam się ze swoich myśli. - Kochanie?
- Ah.. przepraszam zamyśliłam się. Słucham Cię? - spojrzałam się w stronę ukochanego.
- Misaki razem z Makino i twoją babcią mówią że chyba już czas iść przymierzyć suknie ślubną. - mówiąc to pocałował mnie w policzek. Ah..no tak zapomniałam dodać że moja babcia przyjechała na ślub..zapomniałam już jak wygląda, ale jak przyjechała nie mogłam opanować łez szczęścia. Tyle szczęścia naraz, chwilami czuję że mogę od niego wybuchnąć. Ale jestem wdzięczna za to wszystko co się stało. Kaname, panu Asamoto, Makino nawet Misaki..
~
- Wyglądasz w niej tak pięknie! - piszczała Misaki z Makino gdy pół godziny później przymierzałam suknię ślubną. Nie byłam co do tej sukni tak bardzo przekonana, chociaż była naprawdę piękna. W kolorze czystej bieli, góra przypominała gorset i była bez ramiączek, i ku dołu się rozszerzała..na nią naszyta była biała koronka.
- Wyglądasz przepięknie. - tym razem powiedziała to moja babcia. - Pasuje do Ciebie.
- Hm.. nie jestem pewna.. ale naprawdę mi się ona podoba.
- No to na co czekasz? Bierzemy ją! - krzyknęła Misaki. I takim oto sposobem ta suknia będzie moją ślubną.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dwa tygodnie później.
....
- I przyrzekam Ci miłość i wiernośc do końca swojego życia. - wypowiedzieliśmy się te słowa w tym samym momencie.
- Kaname możesz pocałować swoją małżonkę. - w tym momencie połączyłem nasze usta w najsłodszym pocałunku, goście bili nam brawo..A ja miałem swoją ukochaną na zawsze.
- Kocham Cię pani Asamoto. - szepnąłem jej na ucho kiedy już tańczyliśmy na naszym weselu.
- Ja Ciebie też. - odszepnęła mi moja ukochana i kolejny raz tego dnia złączyłem nasze usta w pocałunku, chciałem przez niego przekazać jak najwięcej miłości.
Jestem wdzięczny za to całe szczęście które mnie spotkało.. mam miłość swojego życia, zaakceptowaną przez moją rodzinę. Moja matka nie raczyła pojawić się na ślubie.. ale oznajmiła ojcu że chce wziąść rozwód.. W sumie to się cieszę.. ta kobieta zniszczyła całe moje dzieciństwo, chciała nawet życie.. Ale sam sobie dam z nim radę, w końcu mam idealną partnerkę. Kocham Cię Mi Nyu. Dziękuję że pojawiłaś się w moim życiu.
~
Rodzina Kaname mnie zaakceptowała, moja rodzina zaakceptowała go. Czego chcieć więcej? Gdyby nie ten mężczyzna..byłabym nikim..to on ocalił moją rodzinę..Jestem szczęśliwa mogąc z nim dzielić życie i nazywać się jego małżonką. Kocham Cię Kaname. Dziękuję że pojawiłeś się w moim życiu.
Koniec.
Jeszcze raz dziękujemy za czytanie tego.. sayonara <3
End.
Wszyscy zwróciliśmy głowę w strone drzwi w których pojawiła się moja matka.
- CZEMU TA SZMATA SIEDZI NA MOJEJ SOFIE?!-wydarła się kierując swój wzrok na Go Mi Nyu. Moja ukochana spojrzała na mnie przerażona. Złapałem ją za rękę. Mój ojciec razem z ojcem Mi Nyu spojrzeli po sobie zszokowani zachowaniem tej kobiety, która zawsze była osobą wyrachowaną i jakże spokojną..tak naprawdę to zawsze stwarzała pozory. Pan Go Shin Hyun spojrzał na przestraszoną Mi Nyu i wstanął kierując się w stronę wejścia do salonu gdzie stała moja matka.
- Ta "SZMATA" jak to pani uznała to moja córka. - uśmiechnął się do niej szyderczo. - I nie jest jakąś tam szmatą tylko panienką, panienką z najbogatszej rodziny w Korei Południowej z którą pani mąż prowadzi interesy. A pani syn ma zamiar wziąść ślub z tą panienką więc, proszę się zwracać do niej z godnością. - uśmiechnął się do mojej matki..A my siedzieliśmy zszokowani. Co to właściwie było? Już chyba wiem po kim Go Mi Nyu odziedziczyła ten swój charakterek.
- Eee..słucham? Czy to są jakieś żarty?!- spytała wyraźnie zszokowana całą sytuacją.
- Ależ nie Angeliko to co powiedział pan Go Shin Hyun to całkowita prawda. - tym razem odezwał się mój ojciec. Nie wiem jakie kolory może przybierac ludzka twarz ale twarz tej kobiety przybrała odcień prawie borodowy..Czy to ze wściekłości czy ze wstydu nie wiem..Ale spojrzała po wszystkich, zatrzymała się na Misaki i spojrzała na nią z wyrzutem.
- Wybacz mi matko..ty zniszczyłaś mi miłość, życie. Nie dam żebyś zrobiła to mojemu bratu. - odezwała się moja siostra. A matka dalej wodziła wzrokiem po wszystkich zebranych aż w końcu przez dłuższą chwilę zatrzymała się na nas, spojrzała na nasze splecione ręce i wyszła z domu trzaskając drzwiami. Go Mi Nyu się rozpłakała. Objąłem ją ramieniem.
- Zawsze stane w obronie mojej rodziny. - powiedział to pan Shin Hyun, ojciec mojej ukochanej. - Nawet jeśli ją utraciłem..-tu spojrzał na zapłakaną Mi Nyu. - będę jej chronił już do końca życia.
- Dziękuję wam. - odezwałem się. - Tato, panie Shin Hyun, Misaki..nie poradziłbym sobie z tą sytuacją bez was..A teraz poczekajcie chwilę. - zostawiłem ich wszystkich na chwilę i poszedłem po pierścionek.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Miesiąc później.
Przygotowania do mojego ślubu z Kaname idą pełną parą, dalej jestem w szoku. To co się wydarzyło, to historia rodem jak z jakiejś bajki. Jak przypominam sobie ten dzień, dzień w którym przeżywała tyle emocji od szoku, poprzez smutek aż do euforii. I te oświadczyny, były piękne.." Go Mi Nyu kocham Cię całym sercem, z dnia na dzień moja miłość do Ciebie wzrasta i wzrasta czy zostaniesz moją żoną?" No i która by się nie zgodziła? Matka Kaname wróciła po tygodniu od tego incydentu z moim ojcem. Nie odzywała się do żadnego z domowników..chodziła z wysoko podniesioną głową. Bałam się, naprawdę się bałam tej sytuacji.. Ale udawała jakby mnie nie było. Aż w końcu po dwóch tygodniach się wyprowadziła..Nie z tąd ni zowąd po prostu się wyprowadziła. Powiedziała na odchodnym że nie będzie żyła w domu gdzie zwykłe szmaty(tutaj chodziło o mnie) robią się nagle panienkami, a jej rodzina to akceptuje. Atmosfera w domu jakby zrobiła się lżejsza, Makino dalej pracuje jako pokojówka nie chciała rezygnować, nasz kochany kucharz Kaoru również.. a Misaki odzyskała swoją młodzieńczą miłość..i mamy dobre stosunki. Dziwnie się czuję że niedługo ja będę panią tego domu.. a Kaname odziedziczy firmę ojca. Jesteśmy jeszcze tacy młodzi..
- Mi Nyu?- Kaname mnie lekko szturchnął w ramię. Dopiero teraz ocknęłam się ze swoich myśli. - Kochanie?
- Ah.. przepraszam zamyśliłam się. Słucham Cię? - spojrzałam się w stronę ukochanego.
- Misaki razem z Makino i twoją babcią mówią że chyba już czas iść przymierzyć suknie ślubną. - mówiąc to pocałował mnie w policzek. Ah..no tak zapomniałam dodać że moja babcia przyjechała na ślub..zapomniałam już jak wygląda, ale jak przyjechała nie mogłam opanować łez szczęścia. Tyle szczęścia naraz, chwilami czuję że mogę od niego wybuchnąć. Ale jestem wdzięczna za to wszystko co się stało. Kaname, panu Asamoto, Makino nawet Misaki..
~
- Wyglądasz w niej tak pięknie! - piszczała Misaki z Makino gdy pół godziny później przymierzałam suknię ślubną. Nie byłam co do tej sukni tak bardzo przekonana, chociaż była naprawdę piękna. W kolorze czystej bieli, góra przypominała gorset i była bez ramiączek, i ku dołu się rozszerzała..na nią naszyta była biała koronka.
- Wyglądasz przepięknie. - tym razem powiedziała to moja babcia. - Pasuje do Ciebie.
- Hm.. nie jestem pewna.. ale naprawdę mi się ona podoba.
- No to na co czekasz? Bierzemy ją! - krzyknęła Misaki. I takim oto sposobem ta suknia będzie moją ślubną.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dwa tygodnie później.
....
- I przyrzekam Ci miłość i wiernośc do końca swojego życia. - wypowiedzieliśmy się te słowa w tym samym momencie.
- Kaname możesz pocałować swoją małżonkę. - w tym momencie połączyłem nasze usta w najsłodszym pocałunku, goście bili nam brawo..A ja miałem swoją ukochaną na zawsze.
- Kocham Cię pani Asamoto. - szepnąłem jej na ucho kiedy już tańczyliśmy na naszym weselu.
- Ja Ciebie też. - odszepnęła mi moja ukochana i kolejny raz tego dnia złączyłem nasze usta w pocałunku, chciałem przez niego przekazać jak najwięcej miłości.
Jestem wdzięczny za to całe szczęście które mnie spotkało.. mam miłość swojego życia, zaakceptowaną przez moją rodzinę. Moja matka nie raczyła pojawić się na ślubie.. ale oznajmiła ojcu że chce wziąść rozwód.. W sumie to się cieszę.. ta kobieta zniszczyła całe moje dzieciństwo, chciała nawet życie.. Ale sam sobie dam z nim radę, w końcu mam idealną partnerkę. Kocham Cię Mi Nyu. Dziękuję że pojawiłaś się w moim życiu.
~
Rodzina Kaname mnie zaakceptowała, moja rodzina zaakceptowała go. Czego chcieć więcej? Gdyby nie ten mężczyzna..byłabym nikim..to on ocalił moją rodzinę..Jestem szczęśliwa mogąc z nim dzielić życie i nazywać się jego małżonką. Kocham Cię Kaname. Dziękuję że pojawiłeś się w moim życiu.
Koniec.
Jeszcze raz dziękujemy za czytanie tego.. sayonara <3
Subskrybuj:
Posty (Atom)



