sobota, 24 listopada 2012

Tradycyjne instrumenty koreańskie~~ ^^

Konbanwa~~ ♥
Dziś napisze o kilku instrumentach. Takich dosyć znanych i popularnych. :3


Gayageum  -  tradycyjny instrument muzyczny Korei. (Geum-struna , gaya- nazwa królestwa)
instrument który ma piękne brzmienie..umieć na takim grać *-* bardzo bym chciała. 

Piri (cylindryczny obój)



Geomungo - z tego samego gatunku co Gayageum.

Kkwaenggwari - tradycyjny instrument perkusyjny.



  •  Taepyeongso - coś jak szałamaja (dawny instrument dęty drewniany z grupy aerofonów stroikowych, ze stroikiem podwójnym; podobny do oboju. Powstał ok. XIII wieku we Francji. Używany od średniowiecza do XVIII w.)




    ummm... to chyba na tyle dziś.  Jutro zrobię kontynuację tej notki~~ ^^
    sayo ♥

    coś na koniec
    Koreańska Tradycyjny Orkiestra~~







piątek, 23 listopada 2012

Wielki comeback.~~ TRADYCYJNA MUZYKA KOREAŃSKA.

Zabijcie, potnijcie,poodrywajcie kończyny..za to że olałam bloga. Ale..naprawdę nie mam czasu. ;;
Druga klasa Liceum.. to jest najtrudniejsza rzecz jeśli chodzi o całe liceum. Lektura za lekturą, sprawdzian goni sprawdzian a kartk. , kartkówkę. UMIERAM.
Chciała zarzucić jakimś ciekawym tematem o Japonii, ale postanowiłam dla odmiany  o Korei. :3

TRADYCYJNA MUZYKA KOREAŃSKA. ~~ (jestem nią zafascynowana od jakiegoś czasu. XD)

Tradycyjna muzyka Koreańska opiera się na brzmieniu głosu który oddawać ma temperament i historię.  Przykładem może być P’ansori  , wystąpienie jednego artysty (śpiewaka), które może trwać przez osiem godzin bez przerwy (wtf? o_o). Istnieją dwa rodzaje muzyki tradycyjnej:
  • Jeongak - muzyka dworska. Ściśle powiązana z wyższą klasą społeczną. Takt jest baardzo wolny, odpowiada raczej oddechowi aniżeli biciu serca. Ta spokojna muzyka sprzyja medytacji, relaksacji.
     Brzmienie Jeongak jest miękkie i spokojne ze względu na to, że tradycyjne instrumenty przeważnie mają struny wykonane z jedwabiu. (nie powiem trochę zmulające, ale te instrumenty.. magia *.* nauczyć sięna nich grac to sztuka już sama w sobie.)

    Hahyeon Dodeuri, Yeongsanhoesang.

  • Minsogak- tradycyjna muzyka wiejska pełna ekspresji i emocji. Rodzaj muzyki związany życiem prostego ludu, i jak na taką muzykę często są różne improwizacje. Takt jest szybszy niż w Jeongak, odh\głos bicia serca raczej. :3

    niestety nie mogłam znaleźć przykładu Minsogak. ;;  Ale wygląda to mniej więcej tak:
    (mogę sobie tylko wyobrazić ten rytm, odgłos tych instrumentów *.*)




    um.. to na tyle.
    Jutro wieczorem przedstawię tradycyjne instrumenty i ich brzmienie. :)
    oyasumianasai.~~♥


wtorek, 9 października 2012

Post organizacyjny.

Konbanwa~
Piszę ten post z prostych powodów.. Nie wiem jak dogodzić moim czytelnikom. ^^ Jeżeli jacyś są, i jacyś czytają Something About Asia to proszę podsuncie mi pomysły o czym chcielibyście czytać. Owszem mam wiele pomysłów, ale mogą one was nie interesować. W końcu każdy z nas kocha Azję za co innego(albo się mylę)
Więc jak?
Proszę, poudzielajcie się trochę. (: Byłabym wdzięczna, za odrobinę aktywności z waszej strony.
Nie po to się produkuję, wymyślam pomysły na posty, żeby potem pozostały one bez echa.
Hm?
Pomożecie mi?
Czekam na propozycje, Tanoshii.

+btw. zostałam jak narazie sama z blogiem, ponieważ Yuuki z wielu przyczyn nie może go ze mną prowadzić. Mam nadzieję że do nas wróci. :)

niedziela, 7 października 2012

Baśnie i opowieści zen Kraju Kwitnącej Wiśni cz. IV.~

Konbanwa.~ Dziś V część z cyklu Baśnie i Opowieści Zen. Nie wiem czy dam radę dodać coś jutro więc..gomene.
Fajnie by było gdybyście od czasu do czasu pisali komentarze. To byłoby bardzo miłe. Dla mnie jako autorki tego bloga ;_;
A teraz zapraszam do czytania:
~~~~
Niezwykła mniszka.

Stary mistrz zen lubił tę historię. „Ta baśń będzie stanowiła ważny moment na waszej drodze mądrości” – mówił do młodych nowicjuszy, uśmiechając się przy tym chytrze. Gdybyście tylko znali miasto Nara w tamtych czasach! Nara zieleniejąca, Nara kielich wonnego kwiatu, klejnot wyspy Honsiu’, religijna stolica Japonii, buddyjski Rzym. W jej murach żyło tysiące mniszek i mnichów. Wszędzie rozkwitały sanktuaria, kaplice, wielopiętrowe pagody, słynne świątynie. Najbardziej znaną ze wszystkich była cudowna świątynia Todaidji. Podczas wielkich świąt buddyjskich sam cesarz brał udział w uroczystościach. Tego dnia całe miasto było radosne. Ogromny tłum rozlewał się po uliczkach okalających świątynię; kuglarze, animatorzy marionetek, mimowie, akrobaci prześcigali się w pokazach zręczności i kolejno zabawiali grupki gapiów. Nagle podniósł się krzyk: „Cesarz, cesarz!”. Żołnierze uzbrojeni w ciężkie piki torowali drogę w tłumie i orszak posuwał się naprzód: cesarz w bogato złoconych szatach niesiony w lektyce, w otoczeniu dworzan, ministrów, szambelanów i bonzów. Zapachy kadzideł unosiły się w powietrzu, niebiańska muzyka pieśni towarzyszyła niespiesznemu przesuwaniu się cesarskiego orszaku w stronę wielkiego portyku świątyni, nad którym górował okazały Budda powlekany laką i jaśniejący tysiącem świateł. – To były wspaniałe święta! – mówił mistrz zen, rozmarzony. – Baśń, Mistrzu, baśń! – błagali młodzi nowicjusze. Na to mistrz się uśmiechał: – Miejsce i czas stanowią część baśni; słuchajcie z uwagą, mądrość nie dociera do niecierpliwych. Otóż w tamtych czasach zdarzyło się, że pewien mnich zakochał się nieprzytomnie w jednej mniszce. Ryonen była pięknością olśniewającej urody, promiennej, a jednocześnie tajemniczej. Jej cera, sposób noszenia głowy, postawa, wszystko w jej uroczym wyglądzie było zachwycające, do tego jednak dochodziła przenikliwa inteligencja, zdecydowany charakter, wspaniałomyślność, wzgląd na innych, od czego jaśniała wewnętrznym światłem. Ryonen mogłaby rozkochać w sobie do szaleństwa najmądrzejszych ludzi, a może nawet mnichów… Hashino kochał ją miłością niedorzeczną, nieokiełznaną. Nie jadł, nie spał, był roztargniony podczas ceremonii rytualnych, miał na jej punkcie obsesję, świata poza nią nie widział, żył tylko dla niej, działał na własną zgubę. Pewnej nocy przekroczył próg, popełnił najwyższą zbrodnię, wszedł do jej mniszej celi i błagał o miłość. Ryonen wzięła zatem los Hashino w swoje ręce. Wystarczyłoby, żeby zaczęła krzyczeć, żeby wezwała swe siostry, a stałoby się najgorsze. Ona jednak zachowała spokój, nie okazała nawet zdziwienia. Powiedziała tylko do nowicjusza, który płonął z pożądania: – Oddam ci się jutro. Nazajutrz był dzień wielkiego święta. Z okazji Oświecenia Buddy cesarz brał udział w nabożeństwach. Właśnie tam, w sanktuarium świątyni Todaidji, stanęła przez obliczem Hashino całkowicie naga. – Weź mnie – rzekła – teraz! Wtedy Hashino doznał Satori, Przebudzenia. Jak w tych rysunkach, na których kształty i kolory zmieniają się w zależności od punktu widzenia, ujrzał rzeczywistość, która do tej pory pozostawała w ukryciu. Poznał, że jego miłość była czymś nienaturalnym, zwodniczym, a jego szalone żądze przypominały migocące refleksy księżyca na wodzie. Zasłona iluzji rozdarła się. Sięgnął do korzeni ja, doszedł do prawdy i spokoju.

~~
Czy chciałbyś zostać cesarzem?

W tamtych czasach Heian,0, co znaczy „stolica pokoju i równowagi” I , było zachwycającym miejscem, gdzie rezydował Jego Wysokość Cesarz. Szlachetni panowie w czerwonych odzieniach, tunikach w kolorze czereśni i purpurowych spodniach, szlachetne damy w oszałamiających strojach o coraz to nowych, niespotykanych dotąd barwach, współzawodniczyli ze sobąw miłosnych zmaganiach i rozwiązywaniu łamigłówek. Wystawne rauty odbywały się nieprzerwanie to w pałacach, to w willach zdobionych wspaniałymi posągami. Na brzegach jeziora Ośmiu Cnót w blasku księżyca muzycy akompaniowali zakochanym. Świątynie były zbudowane z cennych gatunków drzewa, zdobione macicą perłową i inkrustowane szlachetny­mi kamieniami. Ceremonie rytualne odbywały sięz niezrównanym przepychem w całym cesarstwie. Cesarz Saga był człowiekiem sędziwym, którego nudziła już nieco ta zabawa bez końca. Dręczył go tajemniczy smutek. Cesarz nie miał syna. Często opuszczał dwór i udawał się w towarzystwie kilku wiernych i dyskretnych sług do pewnego pustelnika, mnicha zen. Ten żył niedaleko od stolicy, w prostym szałasie z gałęzi, w pobliżu zrujnowanej pagody. Siedząc na pniaku, Saga patrzył, jak mnich modli się, medytuje, rąbie drzewo, i jak siekiera błyska w słońcu w rytm jego uderzeń. – Od wielu lat patrzę, jak żyjesz, Ryoben, jesteś aktywny, pełen energii, wspaniałomyślny i mądry. Ja sięstarzeję, nie mam syna. Czy chciałbyś po mnie dziedziczyć, czy chciałbyś zostać cesarzem? Na tę zaskakującą prośbę mnich nie odpowiedział ani słowa. – Wyobraź sobie, Ryoben, przyjemności, bogactwo, władza absolutna, prawo życia i śmierci nad wszystkim, co oddycha w tym kraju. Mógłbyś wysta­wić tu pałac albo świątynię, albo sto pagodo nauczaćzen, rozszerzyć swoje wpływy. To cię nie kusi? Na to Ryoben odłożył siekierę, poprawił szatę i rzekł: – Pójdę nad rzekę, by umyć uszy zbrukane twymi słowami. I udał się nad rzekę, gdzie spotkał wieśniaka, który przychodził tam często poić krowę. – Myjesz sobie uszy, o tej porze? – Tak, moje uszy zostały zbrukane słowami cesarza. Zaproponował mi, bym po nim dziedziczył i zasiadł na tronie. – Rozumiem, dlaczego się myjesz! – powiedział wieśniak. – W tej sytuacji nie pozwolę krowie pić tej zabrudzonej wody.

Prowokacja, impertynencja, gromki, wyzwalający śmiech zen. Mnich patrzy jednakim okiem na księcia i nędzarza, na lwa i robaka. Niczego nie zazdroszcząc, niczego nie posiadając, zen jest wolnością doskonałą.
~~~

To tyle, oyasumi.

sobota, 6 października 2012

Baśnie i opowieści zen Kraju Kwitnącej Wiśni cz. III~

Dobry wieczór Kochani <3
Dziś część 3 Baśni i Opowieści Zen :3 Zapraszam do czytania :)
~~~~
Umrzeć… W jakim wieku?

Człowiek dzieli los iskry. Louis Aragon, Elsa.

Ryokan, osiemnastowieczny poeta, który umiał rozmawiać z roślinami, owadami, ptakami, znany był w całej Japonii z powodu mądrości i skuteczności swych kito. Przybywano do niego z każdego zakątka kraju po poradę, a także prosić go o wstawiennictwo u bogów. I tak, którego ranka przed chatą z gałęzi stanął pewien szacowny mnich, chudy, zasuszony staruszek. – Jestem zaszczycony twoją wizytą, święty mnichu – rzekł Ryokan. – Wieści o twej dobroci dotarły aż do mnie; czego pragniesz? – Pragnąłbym kito – odparł mężczyzna, gładząc swą krótką, białą brodę. – Chętnie – odpowiedział Ryokan. – A jakie jest twoje życzenie? – Pragnąłbym mieć długie życie… – Ile masz lat? – Skończyłem osiemdziesiąt, kiedy kwitły czereśnie. – A jak długo chciałbyś żyć? O ile mam prosić bogów? – Sto lat! Sto lat wydaje mi się dobrą liczbą, tak, sto wystarczy. – Zdumiewa mnie skromność twego życzenia, przybyłeś z bardzo daleka, by prosić mnie o to kito, czemu miałoby cię zadowolić sto lat? – Prawdą jest – westchnął gość – że wciąż roztaczam wokół siebie mądrość i rozdzielam dobre uczynki, a czegóż bym nie dokonał, żyjąc dłużej! Powiedzmy, sto dwadzieścia, sto trzydzieści, a może raczej jakąś okrągłą liczbę: sto pięćdziesiąt lat. Czy to możliwe? – Naturalnie – odpowiedział Ryokan. – Czyli usta­lamy sto pięćdziesiąt lat. Moje kito są bardzo precyzyjne, więc przygotuję ci je dokładnie na sto pięćdziesiąt lat. Czy jednak dobrze to przemyślałeś? Masz osiemdziesiąt lat, zostanie ci zatem siedemdziesiąt lat życia, mniej niż przeżyłeś do tej pory. Ale twoje życzenie jest dobre, jesteś człowiekiem mądrym i mało. wymagającym. – Zaczekaj jeszcze chwilę – rzecze osiemdziesięcio­latek. – To prawda, że siedemdziesiąt lat to niewiele, pierwsze osiemdziesiąt minęło mi jak sen i wydaje mi się, że nie dalej jak wczoraj bawiłem się z braćmi i siostrami w ogrodzie moich rodziców. – Druga część życia – zauważa Ryokan – jest niczym drugie zbocze góry: schodzi się po nim znacznie szybciej, niż się wspinało na pierwsze. – No dobrze, przyjmuję twoje racje, mądry Ryokanie, przygotuj mi kito na… powiedzmy, trzysta lat! Ryokan drapie się w głowę i nie rusza z miejsca. – No, na co czekasz? – niecierpliwi się gość. – Czy proszę o zbyt wiele? – dodaje zaniepokojony. – Nie, nie, tylko się zastanawiałem – mówi Ryokan. – Bo w zasadzie dlaczego miałbyś zatrzymywaćsię na trzystu latach… Podobno niektóre żółwie żyją i tysiąc lat, a także żurawie… Dlaczego tylko trzysta? – Tysiąc? Jak by nie było, to kusząca perspektywa. Mam tyle dobrych rzeczy do zrobienia, o ileż więcej dobra mógłbym uczynić przez tysiąc lat! Ryokan nie rusza się z miejsca i wydaje się wahać: – Ważę twoje słowa, święty mnichu, i widzę, jak cenne jest twoje życie. Najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdybyś w ogóle nie umarł. – Mógłbyś przygotować mi kito, które oszczędziło by mi śmierci? – Tak, ale to będzie bardzo, bardzo drogie i bardzo trudne! – Jestem gotów zapłacić każdą cenę, wykonywać najtrudniejsze ćwiczenia, przekonałeś mnie, szlachetny Ryokanie, błagam cię, będę ci we wszystkim posłuszny, tylko przygotuj mi kito, które uczyni mnie nieśmiertelnym. Tego dnia Ryokan zabrał do swej skromnej chaty z gałęzi starego mnicha, który przybył z północy. Razem rąbali drzewo, czerpali wodę z rzeki, spali na gołej ziemi, modlili się i medytowali przez długie godziny. Jadali ryż albo śmiali się, obserwując lot nie­zgrabnej sójki. Wiosną Ryokan ułożył wiersze: Ten świat to nie więcej niż kwiat czereśni, a także Słowik mnie zbudził ze snu, poranna porcja ryżu. Czy też: Barka z ryżem kieruje się w stronę księżyca trzeciego dnia. Minęły w ten sposób zima, wiosna, lato. Pewnego wieczoru w końcu lata siedzieli obaj przed chatą, kontemplując pierwszy lot dzikich gęsi, kiedy Ryokan oświadczył: – Jutro przystąpię do ceremonii kito, które uczyni cię nieśmiertelnym, tak jak się umówiliśmy. – Sam już nie wiem – odparł pogrążony w zadumie osiemdziesięciolatek, gładząc swą brodę, która znacznie się wydłużyła – dlaczego prosiłem cię o to kito. Skończone jest nieskończonością, a nieskończone – skończone. Teraźniejszość trwa po wsze czasy.

~~~~~
Miłość odchodzi.

Młody, biedny człowiek o imieniu Iruka był do szaleństwa zakochany w bogatej i w dodatku pięknej dziewczynie. Ponieważ znał litery, Iruka codziennie, przez trzy długie lata, pisał do swej ukochanej listy miłosne, i nie zaniedbał tego ani razu. Trzecie go roku ośmielił się zasugerować jej, by dała mu znak podczas święta bon. Ale ukochana nie odpowiedziała, nawet na niego nie popatrzyła i nigdy nie okazała mu najmniejszego zainteresowania. Wtedy w serce Iruki wkradło się zniechęcenie. Myślał o tym, by zostać mnichem, i rzeczywiście tak uczynił. Czas mijał… Pewnego poranka wiosną Iruka poszedł po wodę do studni położonej nieopodal jego pustelni i po raz pierwszy i ostatni w życiu spotkał Czujo. Rzuciła mu się do stóp. – Iruka! – zawołała. – Wędrowałam całymi miesiącami, zanim cię odnalazłam, nareszcie cię widzę, wspaniały Iruko! Twoja miłość, o której świadczy tysiąc listów, w końcu poruszyła moje serce. Wypowiadając te słowa, dziewczyna odsłoniła twarz ukrytą do tej pory za cienką woalką z jedwabiu, a była tak piękna, że bladło przy niej światło dnia. – Należę do ciebie, Iruko, kocham cię dziś, jak ty kochałeś mnie dawniej. Iruka jej odpowiedział: – Już za późno, Czujo, zerwałem wszelkie więzy z miłością tego rodzaju. Jestem mnichem. I bez jednego spojrzenia odszedł. Zrozpaczona Czujo skoczyła do rzeki i utopiła się w niej. Dowiedziawszy się o tym, Iruka ułożył taki oto wiersz: Kwiat czereśnie pozostaje na gałęzi, umiera zanim nadejdzie lato.

Ta historia należy dziś do przeszłości. Wszystko, co się rodzi, umiera. Wszystko, co przybywa, odchodzi, i pozostaje tylko wieczny Atma.

~~~
No to na tyle, proszę zostawiajcie komentarz czasem. D: *ładnie prosi* Oglądalność jest dobra, ale komentarz bardzo proszę kochani! <3 Oyasumi :)